Zasadnicza Szkoła Zawodowa Kęty

Grota Komonieckiego

A więc chcielibyście usłyszeć opowieść o dawnych dniach? – zapytał starzec – zgoda ale najpierw dajcie mi coś do picia, strasznie zaschło mi w gardle…-
Jeden ze słuchaczy czym prędzej podał mu kufel spienionego mleka.  Staruszek pociągnął łyk i zaczął: Pamiętam jak dziś, był piękny sobotni poranek 12 marca, roku pańskiego  2011. Zebraliśmy się wszyscy pod dowództwem Ewy M. i Aleksandry B. w miejscu zwanym wtedy Andrychowem. Nasza grupa nosiła nazwę „20-stka” choć nigdy tak naprawdę nie wiedziałem skąd wzięła się ta nazwa. Za cel obraliśmy sobie Grotę Komonieckiego. Owianą tajemnicą jaskinię mającą kryć przedwojenne tajemnice dotyczące ukrywania zwierząt hodowlanych i koni. Po krótkim przesłuchaniu i indoktrynacji nowych rekrutów ruszyliśmy w drogę. Odległość była spora jednak sprzyjało nam szczęście. Nim postawiliśmy pierwszy krok w kierunku celu podjechał do nas człowiek z napisem wóz wymalowanym na boku swego wozu. Twierdził że może za drobną opłatą podwieźć nas w pobliże celu. Skorzystaliśmy z okazji, a woźnica niewątpliwie urzeczony piękniejszą częścią naszej grupy pomylił się w rachunkach, toteż podróż okazała się tańsza niż się spodziewaliśmy. Później skorzystaliśmy z uprzejmości innego mężczyzny, który przewiózł nas jeszcze bliżej celu. I choć jego wóz nosił wszelkie znamiona magicznej skrzynki chłodniczej do wożenia mięsa nikt nie śmiał narzekać gdyż był to transport całkowicie darmowy. W końcu dotarliśmy na miejsce, a świeże górskie powietrze i sielankowa zieleń przebijająca się spod warstw zeszłorocznej roślinności  uśpiła naszą czujność i wraz z początkowo łatwą trasą dały złudną nadzieję na łatwą przeprawę. A jak to mawiają „nadzieja jest pierwszym krokiem do rozczarowania”.


Cóż trzeba przyznać że trasa wcale nie była łatwa. Szybko zaczęła robić się stroma, a wszędobylskie błoto i lód wcale nie ułatwiały jej pokonania. Szło się ciężko, a co niektórzy głodniejsi nie omieszkali próbować łapać przebiegające tu i ówdzie zające. Niestety z marnym skutkiem. Mimo trudów humor dopisywał wszystkim, a wokół toczyły się raźne dyskusje na wszelakie tematy poczynając od zawiłości egzystencjonalnych przez spory o naturze matematycznej na przysłowiowej d..  yyy niczym konkretnym kończąc. Gdy dotarliśmy na miejsce naszym oczom ukazał się widok dokładnie taki jak z przekazów Komonieckiego. Potężna grota której wejście zasłonięte było częściowo przez zamarznięty o tej porze roku wodospad (co niewątpliwie dodawało jej swoistego majestatu). Wnętrze jaskini tak jak w opisach było ogromne, a echo naszych głosów po wielokroć odbijające się od jej ścian tylko potęgowało wrażenie naszej małości. Dodatkowo naszemu zwiadowcy                i przewodnikowi Sebastianowi udało się odnaleźć ukrytą w pobliżu księgę zawierającą imiona wszystkich którzy odwiedzili tą niesamowitą grotę. Nie omieszkaliśmy wpisać do niej również swoich imion, poczym ukryliśmy księgę, by czekała na innych podróżników. Po wyjściu z groty postanowiliśmy rozbić obóz i posilić się. Co poniektórzy żałowali że nie udało się złapać żadnego zająca gdyż udało się nam znaleźć sprzęt do rozpalania ogniska, inni zaś roztaczali długoterminowe plany życia w grocie. Czas szybko mijał więc musieliśmy wracać znaną już nam trasą, by nie tracić czasu na błądzenie. I choć w drugą stronę była równie zdradliwa pokonaliśmy ją znacznie szybciej. Nie wróżyło to dobrze. Gdy dotarliśmy do rozdroży zauważyliśmy że wskazówki zegarków nienaturalnie szybko zbliżyły się do godziny na którą planowaliśmy powrót przez co musieliśmy porzucić nasz wcześniejszy plan szturmowania Leskowca w poszukiwaniu legendarnego placka owocowego-szarlotki. Nieco zawiedzeni udaliśmy się w drogę powrotną w dół zbocza, aż nagle naszym oczom ukazała się polana niezwykłej urody. Pokryta śniegiem skrzącym się w słońcu niczym diamenty, otoczona drzewami pokrytymi pierwszymi zalążkami zieleni i niewątpliwie zamieszkana przez jakiegoś rodzaju duchy lenistwa gdyż cała grupa jednogłośnie postanowiła się na niej zatrzymać i wypocząć. I choć myślenie o dalszej wędrówce przychodziło nam z wielkim trudem, a prowadzenie rozmów o wszystkim i o niczym z niezwykłą łatwością, dzięki naszej niezłomnej woli wkońcu udało nam się przezwyciężyć chęć obijania się i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Po dotarciu na dół powrót przebiegł całkiem spokojnie. Ponownie skorzystaliśmy z uprzejmości właściciela lodówko-wozu, a w czasie marszu w kierunku domu ponownie niewiedzieć skąd znów napatoczył się na nas woźnica z napisem Bus na wozie, który odwiózł nas powrotem do Andrychowa. Gdy dotarliśmy na miejsce tak jak zeszliśmy tak teraz rozeszliśmy się na cztery strony świata bogatsi o nowe doświadczenia, kilka siniaków i wiedzę o ukrywaniu zwierząt hodowlanych i koni. Zadowoleni i gotowi na kolejne wojaże które dopiero miały nastąpić. -  starzec skończył mówić, dopił swoje mleko i wyszedł. Później widziano go jeszcze w wielu miejscach i wszędzie opowiadał niestworzone historie o czasach gdy na świecie rosły drzewa, a samochody jeździły na kółkach. Żartowniś.

 


Nabaźgrane przez JA
Z nieocenioną pomocą AŚKI oraz PATI