Zasadnicza Szkoła Zawodowa Kęty

Hel-Rozewie-Gdańsk

Dzień pierwszy. 18 i 19.06.2013

Słoneczny wtorek na dworcu w Bielsku, czas zacząć tegoroczne Baunsy. Promienie „energo zdrowotne” nie oszczędzają okrytych głów i przypiekają zrobione kanapki i tosty w naszych plecakach, zmieniając je w tanie, chińskie, przekąski na ciepło. Wchodzimy do pociągu, zaczyna się walka o miejsca przy oknie. Ciepło, jakie panuje w naszych polskich pociągach PKP, uderza nam do głowy i sprawia, że towarzystwo rozbiega się po wagonach i szuka klimatyzacji. Mijają godziny, w pociągu przybywa „dziwnych człowieków’’ co sprawia, że nawet najmniejsza przestrzeń w wąskim korytarzu zostaje zajęta. Skończę tę niekończącą się opowieść o naszych polskich pociągach….. chwila… jeszcze chwila… sekunda… o właśnie skończył się teleport i już jesteśmy w …… a tak, w Gdyni. Z Gdyni, busem zabiera nas miła pani i tak lądujemy na Helu, a dokładniej w „Helkampie”. Chwila na rozpakowanie bagaży, i ruszamy na podbój plaży i innych atrakcji . Oczywiście, jak co roku, w naszym kółku objawiają się tzw. „liderzy”. Torba z podręcznym bagażem, lornetka i dusza towarzystwa, to jedne z cech, jakie określają naszego turystę. Aha jeszcze hasło: „ Nie ma z nami Zbyszka, gdzie jest …. Zbyszek’’. Szlaki po plaży zaprowadziły nas także do fokarium. Parę „ sweet foci’’ z foczkami ( i nie tylko) i już zbieramy się do wyjścia. Po drodze latarnia i (jakby inaczej), musieliśmy stanąć na samym koniuszku Cypla. Minęła chwila i jesteśmy w „ domkach” czyli przyczepach. Nasze głodne żołądki podpowiadają by zjeść kultowe danie Dwudziestki. Parę grubych gałęzi, kilka krzyżówek, zapałki i voila: pyszna kiełbasa do porzygu gotowa. Po jedzeniu, przyszedł czas na chwilę relaksu, czyli gra w siatkę. Na żwirowym boisku do siatki,  nie obyło się bez tzw. „ kabulonów”, kto był ten wie o co chodzi. Jest już północ czas zakończyć ten zwariowany dzień. Nie będę się bardziej rozpisywać gdyż mi się nie chce.

Tak nastał poranek i dzień drugi.

Made by Kasia i Paffeł .

 

 

 

Dzień drugi – czwartek . 20.06.2013

Naszą wędrówkę tego dnia, zaczęliśmy od zwiedzania Muzeum Obrońców Wybrzeża na Helu, które wcale nie było łatwo znaleźć. Bardzo zdziwiły nas ponad 70-letnie weki ze szparagami i mięsem, świetnie zachowane i nadające się do konsumpcji.

Po zwiedzeniu muzeum ruszyliśmy w drogę brzegiem plaży. Pogoda nam dopisywała jak zawsze, woda ochładzała zmęczone nogi, co pomagało nam w marszu, bagatela 14 km . W Juracie, miejscu dogodnym dla elit finansowych i intelektualnych, zjedliśmy pyszny obiad, po którym przebyliśmy kolejne 4 km do Jastarni. Po zakwaterowaniu się i lekkim odpoczynku poszliśmy po zakupy kolacyjne. Szefowie kuchni, serwowali tego dnia spaghetti. Co to była za potrawa! Co to był za sos! Co to był za smak! Kolację, w wykonaniu chłopaków, uznano jednogłośnie za "pyszną " i " palce lizać ". Pełne brzuchy, piękny zachód, świetne humory,  pozwoliły udać się na zasłużony i wydeptany odpoczynek.

 

Tak nastał poranek i dzień trzeci.

Made by Ania i Aga.

 

 

Dzień trzeci – piątek . 21.06.2013

Z obolałymi stopami zaczęliśmy kolejny etap wędrówki z Jastarni do Chałup .

Nasza droga jak zwykle nie miała końca, kilometry zamiast zmniejszać,  pomnażały się, Lecz co to dla nas !  Przemarsz uatrakcyjniło przejście przez plażę nudystów, co znacznie pomogło przyśpieszyć nam tempo J . Tak na marginesie, przez lornetkę niektórzy oglądali oczywiście twarze golasów! Pełni wrażeń dotarliśmy do celu .

Jakby niespodzianek było mało, okazało się, że dzielimy nocleg z bardzo zwinnym żółwiem i dwoma przyjacielskimi psami. Od razu uaktualniliśmy ponadczasowe hasło „Nakarmić żółwia”. 

Po obiedzie, w dalszym ciągu rozkoszowaliśmy się słońcem, odpoczywając na plaży. Wracając ze spaceru, poznaliśmy człowieka zajmującego się odrestaurowaniem statków, szkutnika, który podzielił się z nami swoim doświadczeniem  i pozwolił zaglądnąć do swojego magicznego warsztatu.  Dzień zakończył cudowny zachód słońca nad zatoką J. Ale była przecież przed nami jeszcze najkrótsza noc w roku. I gdzie ją spędziliśmy? Na plaży, oglądając niebo usiane gwiazdami na wyciągnięcie ręki i księżyc z Twardowskim w pełni.

Tak nastał poranek i dzień czwarty.

Made by Ola i Ewa.

 

<!--[endif]-->

 

Dzień czwarty - sobota.  22.06.2013

                Po przebudzeniu się i rutynowych porannych czynnościach oraz pożegnaniu się z żółwiem Przemkiem, wyruszyliśmy w kierunku plaży. Do naszego celu â Władysławowa mieliśmy ok. 7km. Jak dla nas, to rzut kamieniem, gdyż w inne dni przemierzaliśmy po piasku kilkanaście kilometrów.

Już na samym początku wędrówki podzieliliśmy się, niektórzy wybrali spacer plażą, inni, kosztem ukąszeń komarów, pobliski las, a jeszcze inni postanowili przejść trasę samotnie, własnym tempem. Po dotarciu do portu i szybkim spacerku przez miasto, dotarliśmy pod wieżę widokową. Na jej szczyt dostaliśmy się windą, bo mało kto myślał o dodatkowej wędrówce po schodach na wysokość 9 piętra. Będąc na górze, mogliśmy z nieopisanym wręcz zachwytem i ulgą zobaczyć pokonaną przez nas odległość dzielącą Hel i Władysławowo.

Głodni, poszliśmy nakarmić nasze żołądki , nie żółwia, prawdziwymi kulinarnymi objawieniami, takimi jak 800g kebaby ;) Następny cel,  to najbardziej wysunięty na północ kraniec naszego kraju â  Rozewie. Po kilkunastu minutach jazdy busem stanęliśmy pod latarnią, Po wejściu na jej wierzchołek, zwiedzeniu pobliskich budowli  oraz pobycie w punkcie, gdzie już nikt dalej nie stanie, wróciliśmy do Władysławowa. Wsiedliśmy do pociągu nie byle jakiego. Pierwsze wrażenie, to zaskakujące jak na polskie standardy,  warunki podróży â klimatyzacja (sic!), wygodne miejsca siedzące i porządek. Po kilkudziesięciu minutach wysiedliśmy na dworcu i po krótkich czynnościach natury fizjologicznej kosztujących nas wręcz horrendalne sumy, znów  wsiedliśmy w pociąg. SKM jadący do Gdańska był zupełnym przeciwieństwem poprzedniego środka transportu. Miało się wrażenie, że jest się w jeżdżącym barze, wszędzie pozostawione były butelki po niskoprocentowych napojach wyskokowych, a inni pasażerowie opróżniali kolejne puszki… Za oknem można było zobaczyć prawdziwe współczesne dzieła sztuki. Kolorowe graffiti umilało podróż.

 Po dotarciu na miejsce, poszliśmy do naszego miejsca noclegu â Schroniska Młodzieżowego. Po przydzieleniu pokoi przyszedł czas na kolację. Podczas gdy wszyscy goście schroniska, ze względu na późną porę, spali, męska część naszej grupy opanowała kuchnię i robiła przepyszne naleśniki. Wszyscy szczęśliwi, zmęczeni i najedzeni poszli do łóżek .

Tak nastał poranek i dzień piąty.

Made by Weronika i Stefan.

 

<!--[endif]-->

 

Dzień piąty - niedziela.  23.06.2013

Kolejna „przespana” noc szalonej wyprawy Dwudziestki. Oczywiście nie obyło się bez pasty i pianki do golenia. Zmordowani natłokiem piasku i czystego morskiego powietrza z domieszką jodu, ruszamy dalej. I już z za rogu wyłania się Muzeum Poczty Polskiej. Pierwsze pytanie jakie zadano, to czy w pobliżu jest ławka. Jeszcze tylko parę fotek i ciskamy dalej.

 Następnie ruszamy do  Dworu Artusa, po drodze Muzeum Bursztynu. Ci z nas, którzy zwiedzali je po raz pierwszy nie mogli oderwać się od pięknych okazów. Reszta zainteresowanych „budowlami” siada i czeka na wygodnych murkach, na nawiedzonych zabytkowo.

Czas teleportować się na Żurawia i statek „ Sołdek”. Jest to pierwszy statek całkowicie zbudowany w Polsce po II wojnie światowej . Teraz chwila na zwiedzanie. I tak z biegiem czasu znajdujemy się już Bazylice Mariackiej. Oczywiście jak to na Dwudziestkę przystało, gdy jest gdzie wyjść (400 schodów) nie ma chwili zastanowienia. I już podziwiamy panoramę Gdańska z nie małej wieży. Czas schodzić, burza daje sie we znaki. „I tak usłyszeliśmy grom”. Teraz znajdujemy się w  Stoczni Gdańskiej. I zwiedzamy, zwiedzamy i zwiedzamy, jeszcze sala BHP i dalej zwiedzamy. Koniec zwiedzania. Teraz czas na jajecznicę z cebulką, kiełbaską. Smacznego.

Tak nastał poranek i dzień szósty.

Made by Dziubson i Zbyszek.

 

<!--[endif]-->

 

Dzień szósty -poniedziałek.  24 i 25.06.2013

Dziś ciąg dalszy naszej przygody.

Płyniemy statkiem, niektórzy z nas po raz pierwszy. Nasz kurs to Westerplatte. Po drodze (szlaku morskim?) zwiedzamy port gdański, podziwiamy  twierdzę Wisłoujście i integrujemy się nadal intensywnie. Czas na spotkanie z historią obrony z 1939 roku. Padają słowa „Prosto do nieba czwórkami szli…”, są momenty zadumy nad mogiłami, ruinami koszar, przed wartownią nr 1, pod pomnikiem.

Robimy pamiątkowe zdjęcia i znów statek, który nas wiezie prosto na dobre jedzonko w zaprzyjaźnionym miejscu. Czas był po temu najwyższy. Objedzenie, wypoczęci ruszamy do Sopotu, by pospacerować Monciakiem, po najdłuższym w Europie molo, podziwiać krzywy domek, zaczerpnąć po raz… jodu i popróbować sopockich gofrów. Następny i niestety ostatni punkt programu to Gdynia z atrakcjami na Skwerze Kościuszki (niektórzy już zaklepywali miejsce w Wyższe Szkole Morskiej – nie ma to jak mundur marynarki).

Ale przecież przed nami jeszcze nocna podróż z PKP, na której atrakcje zawsze można liczyć. I tym razem nie zawiedliśmy się. Urozmaicenie wariantów podróżowania, błyskawiczne decyzje kierownictwa pociągu, przedłużanie, opóźnianie czasu jazdy, dezinformacja pasażerów. To rzeczywiście niekończąca się przygoda. Jednak dziwnym trafem dojechaliśmy do Bielska-Białej i tu … „ale to wszystko było za krótko”, „wracamy”, „kiedy jedziemy znowu”.

Czas, który razem spędziliśmy minął jak mgnienie. Już dziś czekamy na kolejną wyprawę „20-stki”. Ahoj, tym, co na morzu!

Made by Adam,  Seba, Ola.