Zasadnicza Szkoła Zawodowa Kęty

Hel - Trójmiasto

PIĄTEK i SOBOTA


18 czerwca Anno Domini 2010 ta data utkwi w kartach historii Szkolnego Koła Turystycznego 20-stka na dlugo.
Tego właśnie dnia grupa 13 śmiałków wraz z dwiema opiekunkami wyruszył na podbój Półwyspu Helskiego. Jak to śpiewał wokalista australijskiego zespołu AC/DC Highway to HEL, czy jakoś tak  ;D .


Wszyscy punktualnie zgłosili się na zbiórkę na bielskim dworcu PKP w piątek 18 czerwca o godzinie 21. Niektórzy, nie mogący doczekać się wyjazdu, byli nawet z godzinnym wyprzedzeniem! Ale nie wyszło im to na dobre, gdyż postanowili oni zakosztować  jakże fantastycznego smaku bielskich kebabów. O smaku tych kebabów może lepiej nic nie pisać, gdyż jest to relacja z wycieczki a nie recenzja, mająca na celu odstraszyć klientów od kupowania tego "specjału". Z plecakami pełnymi ubrań i jedzenia zapakowaliśmy się do pociągu, który miał nas zawieść aż do Gdyni i o dziwo to zrobił ;D .

Droga mijał wolno ale w wesołej atmosferze. Niektórzy uczestnicy tejże wyprawy odgrywali scenki znanych polskich kabaretów, inni grali w karty, oszukując przy tym bardziej niż na sprawdzianach w szkole, a jeszcze inni spali nieświadomi niczego na bardzo wygodnych fotelach w pociągowych przedziałch. I tak około godziny 11 dotarliśmy do Gdyni skąd busem Busek pojechaliśmy na samiuśki koniuszek Półwyspu Helskiego, gdzie mieliśmy zaplanowany pierwszy nocleg. Byliśmy zmięci jak 10 złotych w Lucka kieszeni  ale gdzie tam do nocy".

Po zostawieniu swych tobołków w domkach holenderskich, udaliśmy się na zwiedzanie Muzeum Rybołówstwa,  Zatoki oraz pobliskiej plaży.


Byliśmy  również w  Fokarium, gdzie pluskały się autentyczne, oryginalne foczki, które ku naszemu niezadowoleniu nie wydawały takich dźwięków jak udający je wcześniej Gasiek z Luckiem. Później spacer po plaży z torem przeszkód w postaci bunkrów, zdobycie naszej pierwszej latarni morskiej i pierwszy zachód słońca nad morzem oraz powrót do domków, gdzie poznaliśmy miłych panów(!) z którymi robiliśmy wspólne ognisko.

 


Po wszystkim prysznic i do spania, bo następnego dnia, kilkanaście kilometrów do pokonania (oczywiście, że pieszo).


I tak minął wieczór i poranek dzień pierwszy.


Noc minęł szybko i spokojnie by nad ranem "KTOŚ"  wszystkich obudził udając ROCKiego i biegając w rytm jego piosenki z tegoż filmu. Obraz ten nie wymagał jednak komentarza więc zajście to nie zostanie szczegółowo opisane gdyż był to istny DRAMAT.


NIEDZIELA


Niedziela na Helu, rozpoczęł się dla turystów "20-stki" bardzo pracowicie, jedni czynnie zatrudniali się przy przygotowywaniu śniadania, a drudzy z równym zapałem owe śniadanie zjadali. Przy krojeniu cebuli szczególnymi umiejętnościami wykazał się Ciocia Ewa. Po niezwykle pysznej oraz wykwintnej jajecznicy (z kopy jaj- nie pomyl z mendlem, tuzinem lub grosem), nadszedł czas na pożegnanie naszego pierwszego noclegu ( domków holenderskich).
Cała grupa ruszył na podbój Jastarni! Na początku wszyscy razem, główną drogą do plaży, z lewej jakby szybciej młodzież", ale Ciocie Profesorki również nie dawały za wygraną. Przy wejściu na plażę nastąpiło rytualne zdjęcie obuwia, oraz kilka zdjęć do tejże relacji.


Naszym pierwszym celem tego dnia był Jurata ( najdroższa i niewątpliwie najbardziej "elytarna" i luksusowa miejscowość turystyczna w Polsce).

Morza szum, ptaków śpiew, oraz wszędzie będący piasek to piękna sprawa, ale po pewnym czasie i to daje się we znaki, zwłszcza, kiedy ma się na plecach około 20 kilogramowy "plecaczek". Już po kilkuset metrach nasza grupa podzielił się na kilka mniejszych grupek, a każda z nich szła własnym spokojnym tempem. Niektórzy śpiewali, gwizdali, nucili można było usłyszeć najlepsze kawałki zespołów tj. ACDC, T.Love, Pidżama Porno, Pink Floyd, The Police oraz wiele, wiele innych.

Po kilkudziesięciu minutach szybkiego marszu nastąpił czas na przerwę ( czyt. Popas).
Podczas przerwy zauważyliśmy pływającą beztrosko po Morzu Bałtyckim motorówkę" oraz jej pasażerów wyraśnie zainteresowanych ludźmi siedzącymi na plaży w otoczeniu plecaków większych od siebie. Ja osobiście w tym nic dziwnego nie widzę, ale cóż, co kraj to obyczaj. W miejscu tym nastąpił szereg spekulacji, dotyczących pochodzenia i legalności grupy  z motorówki. Czyżby emigranci z obwodu kaliningradzkiego?

Kiedy wszyscy się posilili i odpoczęli, można było ruszyć dalej. Niezmordowani, wciąż parliśmy naprzód  niestraszny nam był piach w oczy ani lekko zmęczone nogi. Wesoło śpiewając oraz pytając "daleko jeszcze??" dotarliśmy do miejsca które idealnie nadawało się do rozłożenia się na gorących piasku ( bo przecież lepiej rozkładać się na piasku niż nic nie robić w domu) Wszyscy zgodnie zaczęli się opalać, niektórzy wskoczyli do morza ( po kolana), jeszcze inni poszli spać. Spanie w towarzystwie Koła Turystycznego "20-stka" bywa chwilami ryzykowne, można zostać np. zasypanym przez piasek.

Po dłuższym wypoczynku" zaczęliśmy leniwie przemieszczać się w kierunku Juraty. Po około 2 godzinach wolnego spaceru, oraz dwóch krótkich przerwach dotarliśmy do naszego pierwszego celu.
Wszyscy radośnie rzucili się na powitanie cywilizacji. Większość rozbiegła się po miejscowych restauracjach, pizzeriach oraz "pierogarniach", w których podaje się pierogi z truskawkami bez truskawek. Po dużej dawce kalorii nadszedł czas na małe zakupy, bo przecież czekał na nas nasz drugi cel Jastarnia .

Po całodziennym chodzeniu po piasku, asfalt wydaje się być przyjemnie dostosowany do chodzenia po nim. Po dotarciu do Jastarni osoby pełnoletnie zgodnie ruszyły do lokalu wyborczego w celu spełnienia swojego obywatelskiego obowiązku zagłosowania w wyborach prezydenckich. Następnie grupa udał się do kościoł na mszę św. ( wycieczka nie wycieczka no ale niedziela). Później wszyscy marzyli tylko o jednym o zdjęciu z siebie plecaków. Kiedy dotarliśmy do ośrodka nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom, z zewnątrz budynek wyglądał znakomicie, a w środku jeszcze lepiej! Każdy pokój był wyposażony w osobną łazienkę i telewizor!
Po paru chwilach wszyscy świeżutcy i pachnący wyruszyli na wieczorne zakupy ( polowanie). Parę osób postanowiło zwiedzić miejscowy port, inni pobiegli na molo zobaczyć zachód słońca.


Po powrocie do swoich pokoi, wszyscy cieszyli się myślą o wygodnych łóżkach. Nie obyło się bez oglądania meczu, oraz wieczornych rozmów przy herbacie, coca-coli tudzież zupce chińskiej. Po tak wyczerpującym dniu sen to prawdziwa przyjemność, ale znalazło się paru bezsennych, którzy krążyli po pokojach i z prawdziwą pasją przyszywali śpiących do śpiworów i łóżek. W ciągu całego dnia dopisywał nam świetna pogoda, zasypialiśmy z nadzieją na taką samą w kolejnych dniach.
I tak minął wieczór i poranek dzień drugi.

PONIEDZIAŁEK


Poniedziałek obudził nas ostrym kacem i myślą, że przed nami kolejny ciężki tydzień w szkole, z kopą sprawdzianów, mendlem kartkówek i grosem odpowiedzi " eeeeeee "¦ coś pomyliłem "¦ miała być relacja z "20-stkowego" poniedziałku nad morzem a nie coponiedziałkowe Cierpienia Współczesnego Młodego Wertera. Więc od nowa.


Poniedziałek obudził nas piękną pogodą, która spowodował opóźnienie w naszych szeregach. Nocni szwacze mieli problemy z wstaniem, spakowaniem się i stawieniem na zbiórce przed wyjściem z naszego ekskluzywnego lokum. Po kilku reprymendach ze strony cioć (ewentualnie ciociów ) udało się w miarę szybko uwinąć. Tylko miara został w pokoju a my poszliśmy na zbiórkę haha.

Tego dnia "CHAŁUPY WELCOME TO" były naszym celem wędrówki. Rozdzieleni na dwie grupy w końcu ruszyliśmy. Jedna grupa szła od strony otwartego Morza , druga natomiast od strony Zatoki zwanej przez miejscowych Małym Morzem. W połowie drogi obie grupy jednak się złączyły, gdyż jak to mówi polskie prastare przysłowie "w kupie siła, w kupie moc " a poza tym kupy nikt nie ruszy". Pierwszy dłuższy pit stop miał miejsce na plaży. Następnie udaliśmy się do Kuźnicy, gdzie zjedliśmy tak zwany posiłek regeneracyjny, czyli najpierw dużo cukru a następnie pyszna rybka i znowu w drogę.

Późnym popołudniem dotarliśmy na miejsce. Ulokowanie się u księdza na plebani nie zajęło nam dużo czasu, dlatego mieliśmy go (księdza?) więcej na przygotowanie pysznej kolacji. Znaczy się kto miał to miał. Ja [Gasiek] będę szczery i napiszę, że nie zrobiłem kompletnie nic przy jej przygotowywaniu. Wykazały się za to Ciocie, nasze dziewczyny oraz nasz kuchenny guru Sebastian.
Naleśniki zjedliśmy w towarzystwie księdza, który opowiedział nam, co nie co o kaszubskiej kulturze i życiu miejscowych, oraz oznajmił nam , że w Chałupach nie ma już plaży dla golasów. Smutna wiadomość.


Po posiłku część została w domu, gdyż ich stan nie zezwalał na  dalszy użytek, a reszta wyruszyła na pobliską plażę, by obserwować zachodzące słońce. Później powrót, kąpiel i plany pójścia na wschód słońca. Plany zwieńczone częściowym sukcesem.


I tak minął wieczór i poranek dzień trzeci.

WTOREK
Wtorek rozpoczął się od zrealizowania naszych wcześniejszych planów. Wschód słońca 4.11. Wstaliśmy.
I tu dramat. Chmury na niebie zasłoniły to co miało być najpiękniejsze. Niestety się nie udało.

Mimo to w świetnych nastrojach i śpiworach na głowach wróciliśmy na plebanię, by znów położyć się dołóżek, lub jak niektórzy, do swoich podłóg. Po drugim przebudzeniu, zjedzeniu śniadania i spakowaniu się, pożegnaliśmy się z księdzem i udaliśmy się do Władysławowa. Pieszo oczywiście.
Choć pojawili się po drodze trzej panowie w taksówce z okrzykiem "Dzień dobry Pani Profesor"! Czyżby nasi?
We Władysławowie zdolni i niezdolni do dalszego zwiedzania, udali się na Przylądek Rozewie czyli teoretycznie najdalej wysunięty na północ obszar Polski.
Wcześniej Seweryn musiał zaliczyć wizytę u miejscowego doktora gdyż stan jego kostki nie budził optymizmu. Skończyło się jednak na tym i tu cytat samego chorego, że "musi pić Altacet" "¦ ten w żelu do smarowania. Tu nasuwają się dwie myśli: albo doktor ", żle udzielił tak fachowej rady, albo nasza maskotka coś pokręciła. Dla własnego zdrowia Seweryn wybrał opcje ze smarowaniem a nie piciem Altacetu. Na zdrowie!
Grupa będąca w pełni zdrowia i sił przed zdobywaniem Rozewia i latarni tam się znajdującej, udał się na posiłek. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyż jedliśmy każdego dnia, ale po drodze spotkaliśmy istnego człowieka orkiestrę. Był to pan mający przy sobie kaszubski instrument perkusyjny. Zagrał dla nas promocyjny, jednominutowy koncert na tymże instrumencie. Byliśmy zachwyceni jego talentem i gracją z jaką to zrobił. Na dodatek  poczęstował nas kaszubskim proszkiem (!!!). Był on tak suchy, że obawialiśmy się, że zapali  nam się w nosach. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, a wciągnięty, powodował kichanie . A może to była tabaka ?
Po pysznym obiedzie udaliśmy się plażą na Rozewie. Towarzyszyła nam piękna pogoda i równie piękne wodne bałwany. Idealne warunki do robienia ślicznych zdjęć. Na czoło wysunęła się Pani Marchevkowa, i byłaby zdobyła Rozewie jako pierwsza, lecz nie mógł na to pozwolić Gasiek , który truchtając zdołał ją dogonić. Przewaga Gaśka i Pani Marchevkowej okazała się dość spora, bo czekanie na resztę przed dojściem do latarni, zajęło dobrych kilka minut. Wyjście na latarnię pokazało nam po raz kolejny, jaki kawał drogi pokonaliśmy i ile mamy już w nogach. Wcześniej widzieliśmy to z wieży ratusza we Władysławowie.

Z Rozewia do Władysałwowa powrót odbył się autobusem. Złapanym w ostatniej chwili na dziko, rzec by można, że po czaniecku bo w końcu łapała go Pani Boguszowa, która jest z Kęt.
We Władysławowie nastąpił  przejazd pociągiem do Pucka, gdzie zaplanowany mieliśmy kolejny nocleg. Tym razem w Harcerskim Ośrodku Morskim. Spuśćmy zasłonę milczenia na temat warunków tam napotkanych. Napiszę tylko , że był to najgorszy nocleg z wszystkich podczas naszej wyprawy. Nawet podłoga w pociągu wydawał się bardziej przyjazna. Jakby to ktoś powiedział: TO BYŁ DRAMAT (pozdrowienia dla Pana Marka Błasiaka)


Ciężką atmosferę tego wieczora, (rzeczywiście nikt się nie mył?) rozluśniło wieczorne ognisko i kalambury. Niekwestionowanym mistrzem tej gry okazał się Lucjan. No ale już północ i czas do łóżek. Do łóżek  określenie łóżko w tym ośrodku nabiera nowego znaczenia, a każdy kto tam spał i teraz czyta tę relację, na pewno ma szeroki uśmiech na twarzy. Wtedy nie było nam do śmiechu. Oj nie było "¦.


I tak minął wieczór i poranek dzień czwarty.

ŚRODA
Dnia 23.06.2010r (środa) wyruszyliśmy spacerkiem do Gdyni. Przemierzając Skwer Kościuszki dotarliśmy do portu głównego gdzie zwiedziliśmy wojenny okręt-muzeum "ORP Błyskawica". Wszyscy z zaciekawieniem oglądali eksponaty statku.
Widzieliśmy także zakotwiczony w porcie żaglowiec "Dar Pomorza". Ciekawym akcentem zwiedzania "ORP Błyskawicy" było słuchanie przewodnika pewnej grupy. I tu cytat: "žto jest piec, czarny jak smoła piec gdzie kiedyś palono węglem, uwaga to jest piec, czarny piec jak smoła" " no cóż z turystów zawsze można robić idiotów.

Póżniej poszliśmy do Oceanarium. Podziwialiśmy tam tysiące  okazów gadów, ryb oraz płazów morskich i wodno-lądowych. Dalszym etapem wyprawy było Muzeum Oręża Polskiego. Po długim zwiedzaniu i setkach zdjęć w tym muzeum udaliśmy się do Sopotu, gdzie mieliśmy możliwość spacerowania po słynnym sopockim molo. Obejrzeliśmy również słynny na całą Polskę Krzywy Domek.
W końcu nadszedł czas na długie plażowanie. Dla niektórych nawet bardzo długie, ale o tym później. Na plaży, prócz leżenia, miał miejsce mecz piłki plażowej w wykonaniu chłopaków. Po tym meczu w naszych głowach zaświtał plan pozostania w Sopocie na Noc Świętojańską.

Zrezygnowaliśmy jednak z tych zamierzeń i udaliśmy się do Gdańska do Schroniska Młodzieżowego, gdzie mieliśmy ostatnie dwa noclegi. Okazało się, że jest ono pełne innych ludzi, a jak się jeszcze później okazało- ludzi innych narodowości, w tym głownie Niemców.
Po zapoznaniu się ze schroniskiem udaliśmy się na zakupy. Mieliśmy w planach kupno parówek na poranne śniadanie. Tutaj zostaną przytoczone dwie historie z tym związane. Pierwsza z nich brzmi tak: wchodzimy do sklepu i się rozglądamy, sprzedawca rozmawia przez telefon, zauważa nas, odkłada na chwilę telefon i wskazując palcem mówi: tam jest piwo. To nas gościu podsumował. Ciekawe dlaczego.
Druga historia jest jeszcze lepsza. Wchodzimy do kolejnego sklepu zniesmaczeni poprzednim i pytamy czy są parówki, pan odpowiada nam, że są na to my, że poprosimy w takim razie 48 tych parówek a on, że nie ma aż tyle ale w sklepie naprzeciwko na pewno będą mieli. Więc my uradowani wychodzimy z tego sklepu, patrzymy naprzeciwko a tam "SEX SHOP" no cóż " przynajmniej ludzie w Gdańsku mają poczucie humoru. Nie to co np. Warszawiacy.
Poszukiwania parówek zakończyły się niepowodzeniem i na poranne śniadanie postanowiliśmy zrobić kopę kanapek. Albo nawet kilka kopek. Późno w nocy siedząc w schroniskowej jadalni upadł mit o tym, że Niemki są brzydkie. Upadł bo nie są " aż tak bardzo, jak to się mówi. Po nieudanych próbach rozmów w obcym języku, zmarnowani i zrezygnowani udaliśmy się do swoich łóżek. Oj brakowało nam naszej Pani Marchevkowej,. No ale jak to się mówi "co się odwlecze to nie uciecze". I faktycznie jeszcze "pogadaliśmy" po niemiecku. W końcu przywitać się każdy potrafi.
I tak minął wieczór i poranek dzień piąty.

CZWARTEK
Czwartek rozpoczęliśmy wspólnym śniadaniem, po czym wszyscy około godziny 10, wyruszyliśmy na rejs "Danusią" w kierunku Westerplatte. O godzinie 11 wypłynęliśmy z gdańskiego portu i słuchając uważnie ciekawych informacji o Zatoce Gdańskiej przekazywanych przez aksamitny głos pani przewodniczki z głośników znajdujących się na pokładzie, dopłynęliśmy cało i zdrowo na miejsce. Informacje były tak ciekawe, że u niektórych spowodowały chwilową utratę kontaktu z otaczającym światem (patrz pod pojęciem drzemka).


Po zakotwiczeniu opuściliśmy pokłd i oglądaliśmy wprowadzanie do portu szwedzkiego transportowca. Wyglądało to tak jakby maluch holował tira. No ale Polak potrafi. Zwiedzanie  historycznego półwyspu umiliło nam spotkanie "światowej klasy przewodnika, spokrewnionego z samym Jurkiem Owsiakiem, udzielającego wywiadów do telewizji francuskiej i amerykańskiej", który zaoferował nam swoje usługi i zgodził się nas oprowadzić za jedyne 10 zł. Było to chyba najzabawniej wydane 10 zł podczas całej wyprawy, choć wiedzą przewodnik naprawdę imponował. Opowiedział nam historię polskich żołnierzy, którzy pod dowództwem majora Sucharskiego, dzielnie bronili Półwyspu Westerplatte. Jego gestykulacja  i sposób mówienia (przewodnika) przypominający wojennego Niemca, wywoływał u nas napady strachu i śmiechu. Po zakończeniu zwiedzania i odpoczynku pod pomnikiem wyruszyliśmy w rejs powrotny w kierunku Gdańska.


Po udaliśmy się  na spacer po Gdańskiej Starówce, gdzie zwiedziliśmy  Bazylikę Mariacką  - kościół parafialny Wniebowzięcia NMP -największą ceglaną, gotycką świątynię w Polsce i w Europie. Zachwycił nas ona swoim ogromem. Na lewo od głównego wejścia znajdowały się schody prowadzące na szczyt 78-metrowej wieży, (Myślicie , że nie weszliśmy? Po tylu kilometrach w nogach?) skąd mogliśmy podziwiać panoramę całego miasta.
Byliśmy również pokłonić się Neptunowi (niektórzy mieli całować kolano), a ze szczytu Złotej  Kamienicy przylegającej do Dworu Artusa pokazał nam się panienka z okienka nawiązująca do powieści Jadwigi Łuszczewskiej - Deotymy.


Spacerując po Gdańsku napotkaliśmy ludzi obchodzących Polski Dzień Przytulania. Z napisami FREE HUGS chodzili i obściskiwali napotkanych turystów. Nas nie trzeba było zapraszać do przytulania. Pierwszy do tego wyrwał się Sebastian a za nim reszta gromady. Przytulani i przytulańce chcieli nawet abyśmy dołączyli się do nich, ale my mieliśmy inne plany.


Mianowicie zobaczyć Bramę Stoczni Gdańskiej i pomnik Trzech Krzyży, by "przed niewinnie przelaną bratnią krwią w pokorze uchylić czoł" wszystkim którzy tam walczyli.
Sam koniec dnia spędziliśmy jedząc włsnoręcznie zrobioną sałatkę warzywną oraz gyros. Gasiek znów nic nie pomógł przy kolacji, ale za to wykazał się umiejętnościami dezynfekującymi i razem z Patsonem, Grześkiem , Łukaszem i Sewerynem pięknie wysprzątał to co nabałganili robiący kolację.


Po kolacji i długich dyskusjach na jadalni (niczym dawne obiady czwartkowe), udaliśmy się do spania. Teoretycznie. Był to nasza ostatnia noc, więc postanowiliśmy zrobić coś głupiego. Oczywiście nie wszyscy. Tylko chłopcy. I tu znów nie wszyscy. Najpierw wpadł nam do głowy pomysł zrobienia, znanego z wszystkich wesel, pociągu. Nasza rozpędzona lokomotywa wpadł bez pukania do pokoju dziewczyn i Cioć, narobił ambarasu, śmiechu i zdziwienia, po czym pomknęł na schroniskowy korytarz. Tam jakby zabrakło jej napędu. Po okrzyku "tu są kamery!" wszystkie wagony rozbiegły się w ekspresowym tempie gdzie się tylko dało. I faktycznie. Na korytarzu były kamery. Ach, gdyby tak mieć to nagranie, to chyba mielibyśmy rekord oglądalności na youtubie .
To nie koniec atrakcji. Głodomorzy udali się do jadali po kanapki, które zostały z wcześniejszego śniadania. Okazało się jednak , że kanapek nie ma ale są za to ludzie odpowiedzialni za ich zjedzenie. Ludzie, którzy jak się okazało są z Kęt. Taki ten nasz świat mały. Po zapoznaniu się z tymi kęckimi typami, zdecydowaliśmy się iść spać, gdyż rano czekał na nas ostatni dzień wyprawy, więc trzeba było być rześkim i w pełni zdrowym by godnie pożegnać się z Gdańskiem.
I tak minął wieczór i poranek dzień. Który to już?

PIĄTEK I SOBOTA RANO


Dnia 25.06.2010 r. tj. piątek miało miejsce nasze ostatnie wspólne śniadanie. Następnie nadszedł czas pakowania bagaży. Po godzinie 10 opuściliśmy Szkolne Schronisko Młodzieżowe w Gdańsku ruszając na dalsze zwiedzanie miasta Gdańsk. Częściowo opuściliśmy, gdyż nasze bagaże zostały w schroniskowej przechowalni.
Naszą wędrówkę po mieście rozpoczęliśmy od zwiedzania kościoł św. Brygidy, następnie udaliśmy się spacerkiem do Muzeum Poczty Polskiej w Gdańsku. Przed wejściem do środka odczytaliśmy historię muzeum. Każdy mógł swobodnie oglądać eksponaty i poczuć historię tamtego czasu.
 Następnym etapem naszej wędrówki było zwiedzanie Dworu Artusa, ale niestety, był to nasz największy pech, ponieważ w tym dniu wyjątkowo Dwór był nieczynny dla osób zwiedzających. Poszliśmy za to najbardziej urokliwą i bajkową uliczką miasta, ul. Mariacką, z jej słynnymi rzygaczami, jantarami i cenami.
 Udając się do Muzeum Bursztynu, po drodze wstąpiliśmy do Manufaktury słodyczy na pokaz robienia cukierków i lizaków, gdzie na sam koniec  zostaliśmy poczęstowani gorącymi i pysznymi cukierkami.
 Kolejną ciekawą częścią dnia było zwiedzenie Muzeum Bursztynu. Wszyscy podziwialiśmy rzeczy wykonane z prawdziwych bursztynów. Wciąż wynajdywaliśmy coś wartego obejrzenia. Po zwiedzeniu wszystkich eksponatów połowa grupy udał się do pana Bursztynnika, gdzie dowiedzieliśmy się ciekawostek o bursztynach oraz jak ich szukać. I tu znów mieliśmy"¦ szczęście. Niektórzy z grupy otrzymali na pamiątkę po bursztynie.

Następnie całą grupą udaliśmy się już na nasz ostatni wspólny obiad do "Harcówki", który został nam polecony przez pana z nieatrakcyjnym drogowskazem, ale za to z prawdziwym rosyjskim akcentem. Po pysznym obiedzie zjedliśmy jeszcze lody i każdy na swój sposób wykorzystywaliśmy ostatnie godziny naszego pobytu nad morzem.
Chłopcy wpadli na pomysł zarobku. Usiedli na łwce, wystawili karteczkę : "FOTA Z PRZYSTOJNIAKAMI 1 zł , dziś promocja 50%"
i czekali na chętne albo też chętnych ( jak do łączenia stolicków to tylko dla wtajemniczonych).
15 minut! wystarczyło by zebrać 4.80 zł. Tak włśnie zarabia Gasiek, Seba, Patson i Łukasz. Trzeba mieć łeb do interesu.
Po wszystkim pomaszerowaliśmy do Schroniska po nasze bagaże.
Niestety nadszedł czas na powrót do domu, a nam szkoda było wracać, bo wycieczki są przecież takie przyjemne. Po godzinie 21 dotarliśmy na główny dworzec PKP w Gdańsku, gdzie ze smutnymi minami czekaliśmy na pociąg do Bielska-Białej.  Z wielkim żalem wsiadaliśmy do wagonu, obiecując sobie, że powrócimy tu kiedyś, bo przecież zostało jeszcze mnóstwo do zobaczenia.
Po kilku godzinach podróży pociągiem w końcu padły pierwsze osoby. Spali na korytarzu, na podłodze w przedziale, na siedzeniach w przedziale, na lewym boku, na prawym boku, na plecach, na brzuchu a nawet na głowie jak Gasiek. To był ciężka noc. Nie ze względu na jazdę pociągiem, ale ze względu na to, że to już koniec naszej wyprawy.
Wyprawy bardzo udanej, która na długo zapisze się w kartach historii KOŁA TURYSTYCZNEGO "20-STKA".

Dnia 26.06.2010 około godziny 9 dotarliśmy do Bielska. Mimo nie sprzyjających warunków w pociągu, wszyscy wróciliśmy zadowoleni, wypoczęci i bogatsi o zdobytą wiedzę.
Na dworcu kolejowym w Bielsku Panie dokonały ostatniego przeliczenia grupy, po czym z uśmiechami na twarzy rozeszliśmy się tak jak tydzień wcześniej schodziliśmy się w tym samym miejscu.

A wszystko, co uczyniliśmy było dobre i dnia siódmego odpoczęliśmy po całym naszym trudzie.


Made by GASIEK/SEBA/MONIKA/ŁUKASZ/AGATA/AŚKA
Redakcja i montaż-nadal made by Gasiek


W tym miejscu wszyscy członkowie Kółka Turystycznego "20-stka" chcieliby serdecznie podziękować naszym opiekunkom i organizatorkom wyprawy:
Pani Bogusz i Pani Marchewce, naszej Dyrekcji za wyrażenie zgody na wyjazd i zdobycie Mierzei Helskiej, Zatoki Puckiej i Trójmiasta,
oraz wszystkim sponsorom, których wsparcie finansowe znacznie ułatwiło organizację tej wyprawy.
Szczególnie gorąco chcieliśmy podziękować firmom:

  • "Elmal" Firma Usługowo- Handlowa  Czaniec, ul. Kęcka
  • "Emalkent" PPUH Kęty, ul Partyzantów 4
  • "Blachotrapez" T. J. Luberda Spółka Jawna Czaniec, ul. Kęcka 38
  • Państwu Markom
  • i innym, którzy prosili o anonimowość.