Zasadnicza Szkoła Zawodowa Kęty

Łańcut, Przemyśl, Jarosław

17 stycznia Anno Domini 2013 „20-stka” wyruszyła na wschodnie rubieże Polski. Naszym celem był Łańcut, Przemyśl i Jarosław, miasta kilku religii, wielu kultur, ciekawej historii.

Pierwszy dzień (czwartek) to tradycyjny przejazd znajomym busem do Krakowa i tu zaczęła się nasza niezapomniana podróż z PKP. Można wszystkie jej etapy, a było ich dokładnie pięć, określić jako pasmo niekończących się niespodzianek i nieprzewidywalnych zdarzeń (kto był, ten wie). Jedno można śmiało powiedzieć : ludzie na wschodzie są bardzo życzliwi i uczynni.

Zwiedzaliśmy zamek w Łańcucie, froterując wiekowe posadzki super muzealnymi kapciami, z audio przewodnikami na uszach. Wszystkie 61 (!?) sal oglądnęliśmy uważnie, a naszą wiedzę wzbogacił odczyt jednego z kółkowiczów, nt. historii zamku.

Ponieśliśmy lub pociągnęliśmy nasze bagaże na dworzec, po drodze kosztując regionalnych kebabów, pierogów, zapiekanek czy zupek. Czas był po temu, gdyż czekał na nas Przemyśl.

Łagodnie przeszliśmy z dnia pierwszego do drugiego, a to grając w karty, a to prowadząc uczone dysputy nt. wyższości pasty do zębów nad pastą do butów, gotując o dziwnych porach zupki czy też przyrządzając słynne tosty.

Drugi dzień to poznawanie Przemyśla z jego wzgórzem zamkowym, Kopcem Tatarskim (oczywiście zdobyliśmy go przy temperaturze grrrrubo poniżej zera), Muzeum Dzwonów i Fajek (pełna instrukcja obsługi), naszą i Grekokatolicką Archikatedrą (gdzie należy zważyć drzwi), Szwejkiem na krzywym Rynku i Sanem, który nadal tworzy piękne zakole.

Zasłużyliśmy na świetne desery, ciasta, tosty, zupki chińskie i noc pełną niespodziewanek z Dwiema Wieżami. Oj działo się.

Nieubłaganie nadszedł dzień trzeci, czyli droga powrotna, ale urozmaicona została opowieściami, legendami (przygotowanymi przez kółkowiczów) i zwiedzaniem tym razem Jarosławia, całkowicie zasypanego śniegiem. Dobrze, że nasze koleżanki miały sprzęt odgarniający, bo naprawdę byłoby ciężko (nie tylko im).

Jarosław, tak jak wcześniejsze miasta, ma swoją duszę i klimat. Jest przecież miastem styku czterech religii. Oczywiście na naszej drodze pojawiła się i cerkiew, i synagoga i Kolegiata Bożego Ciała, i kościół grekokatolicki, gdzie mogliśmy posłuchać pięknych śpiewów i całkiem obcobrzmiącego języka. Na rynku czekał na nas przewodnik, który sprowadził nas do podziemi, ciągnących się pod kamieniczkami. Kolejnym punktem wycieczki było Muzeum w Kamienicy Orsettich i niezapomniane „Ciacho”.

I znów niekończąca się przygoda z PKP, busik Kraków-Kęty i………czekamy na wypad nad morzeJ.

Made by Edyta, Cyprian. Ania, Łukasz, Monika i inni.