Zasadnicza Szkoła Zawodowa Kęty

Leskowiec

24 Kwietnia 2010 roku, niby dzień jak dzień, ale o 7.15 na dworcu PKP nagle zaczynają jak spod ziemi pojawiać się osoby… z pozoru wyglądają jak turyści, ale to nie są normalni turyści! To ekipa Kółka Turystycznego 20-stka. Ich dzisiejszym celem jest zdobycie m. in Leskowca i Łamanej Skały.

 

Punktualnie o 7.30 na dworcu pojawił się autobus, który zawiózł nas do Andrychowa. Po dojściu na przystanek, z którego mieliśmy udać się do Rzyk Jagódek, okazało się, że nasz transport pojawi się za ok. 50 minut. Ale my się nigdy nie nudzimy, jednym wystarcza zwyczajna rozmowa, inni planują kolejne trasy, a jeszcze inni… modyfikują ogłoszenia wiszące na przystanku. Gasiek oraz Sebastian eŁ wpadli na pomysł, aby lekko rozruszać zaspane kości poprzez spacer. Już wtedy zaświtała im genialna myśl – eksperymenty kulinarne. W doskonałym nastroju udali się do sklepu spożywczego o imponującej nazwie „spożywczy”. Zakupili produkty, które podpowiedziała im ich wena twórcza, i prezent dla pani Marchewki, za niebagatelną cenę 0.09 zł. Po dłuższym zastanowieniu stwierdzili jednak, że „ciężko będzie to jeść palcami”. W poszukiwaniu plastikowych łyżeczek lub im podobnych sztućców przeglądnęli ok. 8 sklepów niestety bez skutku. Ale pomysł jedzeniem wafelkami też nie był zły. Po powrocie na przystanek i wręczeniu pani Marchewce prezentu, widocznego na zdjęciu poniżej, pojawiły się nowe pomysły wycieczek, a mianowicie piesza wycieczka na Babią Górę ( Piesza dosłownie - od Kęt zaczynając).

 

Czas oczekiwania na busa upłynął migiem – tak jak i jazda nim. I już stęsknieni za górami turyści stanęli u podnóża Gronia Jana Pawła II - Nazywanego również Jaworzyną. To szczyt bardzo blisko związany z osobą naszego papieża Jana Pawła II. Karol Wojtyła w latach swego dzieciństwa i młodości wielokrotnie wchodził na szczyt ; również, jako biskup. Latem pokonywał szlak piechotą, zimą jeździł tu na nartach. Ostatni raz wszedł na Leskowiec i Jaworzynę, jako kardynał w 1970, po mszy, odprawionej z okazji 25-lecia kapłaństwa.

 

Zdobywanie góry zaczęło się o godzinie 9.02, już od początku na prowadzenie wysunęli się Gasiu oraz eŁ, tuż za nimi w równie szybkim tempie podążały: Agnieszka i Ania oraz Grzesiek i Mateusz. Kolumnę zamykały panie Opiekunki: tj. p. Bogusz i p. Marchewka wraz z przyszłą członkinią koła – Justynką, oraz Łukasz ze swoją siostrą Iwoną. Podejście było dość strome, ale i to nam nie straszne. Podczas tej wspinaczki natknęliśmy się na miłego Pana, który doradził nam którędy iść, aby więcej zobaczyć. Oczywiście, jako niepokorni turyści poszliśmy i tak własną ścieżką. Mimo to, widoki były zapierające dech w piersiach.

 

Po krótkim marszu grupa prowadząca zdobyła Groń, i wygodnie rozsiadła się nieopodal schroniska. Po kilki minutach dotarła też druga część stawki. Panie Opiekunki delektowały się herbatką oraz szarlotką ze schroniska, a nasz kucharz oraz elektronik, rozpoczęli swoje „kuchenne improwizację”, które starannie zapakowali w folię – nie byle jaką, bo folię „20–stkę”; i po krótkim odpoczynku oraz zrobieniu zdjęć grupowych ruszyli dalej, z zamiarem upieczenia swojego dzieła na planowanym ognisku.

 

Na szczycie Leskowca ( 918 m.n.p.m.) nastąpiła kolejna przerwa na oglądanie widoków i czytanie informacji o tymże szczycie. Po około 2 godzinnym marszu w czasie, którego odbyło się zwiedzanie wgłębienia w skale oraz kilka sesji zdjęciowych, padły stanowcze słowa: „Tu robimy ognisko” wyjścia już nie było! Jednak zanim ktoś zabrał się do zbierania opału na ognisko odbyła się sesja fotograficzna jaszczurki, biedronki oraz rosnących przy szlaku Zawilców. Ognisko rozpaliliśmy bez żadnych problemów, nastąpiło tradycyjne ostrzenie patyków, na które mieliśmy nabić, a następnie upiec kiełbaski – ostrzeniem zajął się Mateusz, a Grzesiek i Łukasz wyruszyli na poszukiwania odpowiadających im patyków, oprócz nich znaleźli też sarnie bobki, którymi byli widocznie zafascynowani. Kiełbaski były nadzwyczaj smaczne, chociaż niektórzy woleli zjeść zdrową żywność ( czyt. Bombę kaloryczną) w postaci pączków. Następnie do ognia została wrzucona tajemnicza foliowa paczka, której składników nie ujawnimy – No nie ma, nie ma – prawa autorskie. Możemy jedynie powiedzieć, że potrawa była niezwykle smaczna, a Gasiek oraz Sebastian delektowali się jej smakiem pomimo dogryzania przyszłych maturzystek o rzekomo brzydkim wyglądzie tego wspaniałego dania. Kiedy wszyscy skończyli jeść, pić oraz kiedy Grzesiu zszedł z tronu pana świata, zalano ognisko wodą z pobliskiego oczka wodnego( nazywanego przez niektórych złośliwie kałużą). Kiedy wszyscy upewnili się, że „to już nie wypali”, ruszyliśmy w dalszą drogę.

 

Po drodze napotkaliśmy skały, na które oczywiście wszyscy weszliśmy w celu zrobienia sobie zdjęć nad przepaścią. Tu niezwykłą troską wykazała się Ania, która zabroniła zbliżać się Grześkowi nad sam skraj skały. Idąc dalej spotkaliśmy pana, który z wyrzutem powiedział nam: „ do opery, a nie na szlak”. Nie mamy oczywiście pojęcia, o co mu chodziło. Może o ciche śpiewanie Grześka, Mateusza oraz Sebastiana? Ale nie popsuło to nikomu humoru i szliśmy wzdłuż naszej trasy wciąż „cichutko” podśpiewując.

 

Przy wejściu do rezerwatu Madahora odpoczęliśmy trochę, podsumowaliśmy przebytą do tej pory drogę, a „Ktoś” zaczął rozdawać cukierki, w których wszyscy się rozsmakowali – Panowie zwłaszcza w tych niebieskich… A Mama mówiła! „ nie bierz cukierków od nieznajomych”. W świetnych nastrojach szliśmy dalej ciągle rozmawiając, w tle słysząc śpiewy ptaków, jaszczurki pomykające przez szeleszczące źdźbła trawy oraz nieustające pytania Ani: „DALEKO JESZCZE???”. Po jakimś czasie pojawiło się rozwidlenie szlaku, zboczyliśmy na moment z trasy, aby obejrzeć chatkę studencką, która w przyszłym roku będzie obchodzić 100 lecie swego powstania. Chatka jest obecnie własnością prywatną, jej właściciele są bardzo miłymi ludźmi kochającymi góry, posiadają 2 psy oraz kotki. Chatka ma oryginalny wystrój, w powietrzu czuję się tą studencką atmosferę, zza każdego rogu pojawiają się tabliczki, które mają, bawić, uczyć i śmieszyć – nie koniecznie w tej kolejności. W naszych głowach pojawiły się od razu plany, aby do tej chatki zajrzeć na dłużej, kilka dni to minimum.

 

Rozmawiając wesoło z gospodarzami owej chatki zauważyliśmy, że kogoś nam tu brakuje… cóż, po Pani Marchewce został nam tylko kijek do nortłolkingu. Jak się później okazało zapomniała skręcić na rozwidleniu szlaku, o którym już wcześniej tu wspomniałem, i zawędrowała aż na Potrójną. Po krótkim „spacerze” doszliśmy do miejsca, w którym nasza zguba już na nas czekała. Oddaliśmy Marchewkowy kij. I ruszyliśmy dalej. Na prowadzenie wysunęli się Gasiek i pan eŁ, jednak dziewczyny wciąż nie dawały za wygraną i deptały nam po piętach. Reszta szła spokojnym tempem – no, bo w sumie: aż żal się spieszyć. Idąc coraz bardziej stromym zejściem nieuchronnie zbliżaliśmy się do Targanic. Po drodze zostawialiśmy jedynie znaki, które miały wskazać drogę reszcie, której już z naszej perspektywy nie było widać. Minęło parę chwil i już byliśmy na przystanku w Targanicach – czekaliśmy na resztę dokładnie 6 minut i 3 sekundy. Po około półgodzinnym oczekiwaniu nadjechał bus… wyjątkowy bus, BUS JANISO :D. Po dojechaniu do Andrychowa pożegnaliśmy się z niektórymi uczestnikami wyprawy. Potem tylko parę minut w autobusie do Kęt, i nastąpiły kolejne pożegnania tam gdzie rozpoczęła się cała wycieczka – Na dworcu w Kętach. O 7. 30 Wyruszyliśmy, a o 17.30 zakończyliśmy naszą kwietniową wycieczkę koła 20-stki. Po tej wyprawie pozostały nam tylko zdjęcia, pieczątki ze schronisk oraz ból nóg… no i jeszcze nadzieja na kolejne takie wyjścia. Oby było ich jak najwięcej. W czasie całej wycieczki można było usłyszeć największe przeboje ACDC, T.love, Kultu – a wszyscy widzieli ( słyszeli) że było to dobre. I tak minęła kolejna wycieczka koła turystycznego 20-stka. Pozdrawiamy i planujemy kolejny majowy wypad.


Made by eŁ