Zasadnicza Szkoła Zawodowa Kęty

Leskowiec-Gancarz

20 października 2012 o godzinie 7.45 zakosami biegłam na dworzec w Kętach. Jak się okazało, nie tylko ja. Już za 20 minut poczciwy MZK miał nas zawieźć do Andrychowa, stamtąd jeszcze do Jagódek, i po chwili już byliśmy u podnóża Leskowca.

No to ruszamy! Już na samym początku przekonaliśmy się, że warto brać ze sobą apteczkę. Tu swoimi umiejętnościami medycznymi (czy jak to się mówi) wykazali się Adam i Kamil (oglądali te nogi!) .Jesień (i nie tylko ona) zachwyciła nas swoją paletą barw. W miejscach takich jak te, czas przestaje płynąć, a człowiek chce chłonąć całym sobą otaczającą go, jakby magiczną rzeczywistość. Pełen chillout. Na dodatek zapowiadała się świetna pogoda. W dobrych humorach ruszyliśmy przed siebie. Celem naszej wycieczki był szczyt Leskowca i Gancarza. W drodze towarzyszyło nam rześkie poranne powietrze i przebijające się przez wysokie korony drzew złociste promienie słońca.

W czasie wędrówki odświeżyliśmy stare znajomości, nawiązaliśmy nowe, pogłębiliśmy te z pozoru oczywiste. Góry to fajne miejsce do rozmów. Ok godziny 11, troszkę zmęczeni odpoczęliśmy na polanie na szczycie. Słońce przyjemnie ogrzewało nasze twarze (i nie tylko!). Chciałoby się jeszcze zostać, ale ... Po drodze dwaj odważni Włóczykije postanowili znaleźć krótszą drogę na własną rękę, lecz nie przeszli nawet pół kilometra, bo  i tak musieli wracać  do watahy pozostałych Muminków. W końcu dotarliśmy do schroniska PTTK na Leskowcu i rozsiedliśmy się na ławeczkach. Było miło, ale po chwili odpoczynku ruszyliśmy dalej. Słońce wciąż górowało nad naszymi głowami.

Byliśmy na Groniu Jana Pawła II, nieopodal schroniska.  Po drodze- sw33t fotki w budce leśnika obowiązkowe. Z niej rozciągał się wspaniały widok na tamtejszą panoramę. Szliśmy dalej. Znawcy grzybów slalomem między drzewami szukali zdobyczy. Te bez oporu poddały się napastnikom i szybko wypełniły kilka sporych reklamówek. W końcu nadszedł czas rozpalenia ogniska. Każdy wziął w ręce kilka gałęzi, a nasi szamani skutecznie rozniecili ogień. Kiełbaski były jak zwykle pyszne (sic), wspólnie delektowaliśmy się każdą kroplą ketchupu Sebastiana. Grzybiarze prezentowali reszcie swoje trofea. Chcąc nie chcąc, musieliśmy powoli ruszać naprzód. Kiedy dotarliśmy do przystanku, okazało się, że autobus będzie tu dopiero za 50 minut. Ale nam niestraszne takie rzeczy. Przecież był jeszcze autobus z gośćmi weselnymi. Pomimo szczerych życzeń wszystkiego najlepszego młodej parze, jakoś nas nie zabrali (czyżby nieodpowiedni wygląd?).  Wzięliśmy to na klaty i gorsety i ruszyliśmy z buta. Do Andrychowa (niektórzy do Bulowic, przecież niedaleko). Ostatni autobusowy kurs na dworzec w Kętach przebyliśmy w sporym ścisku (żeby to pierwszy raz).

Ale jedno Wam powiem- było warto!

Made by Weronika