Zasadnicza Szkoła Zawodowa Kęty

Malbork - Mierzeja Wiślana

Dnia 21 czerwca 2012 punktualnie o godzinie 20 na kęckim dworcu busowym, zebrała się grupa 24 śmiałków zwartych i gotowych na podbój Malborka i Mierzei Wiślanej.

Brzmi pięknie, ale tak szczerze bez owijania kota w bawełnę do góry nogami, pierwsi śmiałkowie pojawili się już dużo, dużo wcześniej, a gromadka była wesoło rozrzucona po całym dworcu. Jedni do siedzenia wybrali wygodne ławeczki, inni równie wygodne krawężniki a trzecia połowa(!) okoliczne rowy, aby „pójść do cienia” i schować się przed wszechobecnym upałem. Niektórzy dla ochłody spożywali duże dawki kwasu chlebowego, popijali wodę, tudzież inne napoje gazowane albo nie, lub po prostu nie pili nic.

Po skompletowaniu całej grupy nadszedł czas wyczekiwania na autobus, który miał nas wywieźć aż na krakowski dworzec. Udało się! Autobus nadjechał o dziwo punktualnie i o dziwo udało mu się zabrać nas wszystkich. Droga do Krakowa mijała w wesołej, rodzinnej atmosferze, która towarzyszy każdemu wyjazdowi Szkolnego Koła Turystycznego 20-stka. Abiturienci dyskutowali na wysokim poziomie z kadrą opiekuńczą na temat pracy i studiów w naszym pięknym kraju, w którym mamy dobry rząd, wybitnych fachowców, gospodarka idzie do przodu, a ludziom... a ludziom żyje się coraz lepiej. Za wszystkie swędzące uszy tego dnia przepraszamy. Na krakowskim dworcu czekała na nas miła niespodzianka w postaci Sebastiana, szerzej znanego jako ŁYSY, który jest zasłużonym członkiem Koła 20-stka, a tego roku nie dał rady udać się z nami nad morze, jednak postanowił potowarzyszyć nam w czekaniu na pociąg do Malborka. Z tego miejsca serdeczne pozdrowienia dla Sebastiana który zarabia grube pieniądze pracując w Krakowie a to wszystko dlatego, że jest on absolwentem Kęckiego Kopernika, a jak wiadomo PO SKOŃCZENIU KOPERNIKA PORTFEL SIĘ JUŻ NIE ZAMYKA J

Długie wyczekiwanie na pociąg zakończyło się sukcesem i wszyscy cało, i wygodnie ulokowali się w zarezerwowanych przedziałach. Ironię czuć na kilometr, ale dzięki fachowemu przygotowaniu przez wuefistów, każdy mógł znaleźć dla siebie wygodną figurę akrobatyczną i w tej pozycji spędzić długą noc w pociągu. Dziękujemy J

Noc mijała na rozmowach, śmiechach, chichach, grach karcianych, baunsowaniu i o dziwo spaniu. Czas leciał, a my mijaliśmy kolejne miasta, wsie i nocne ulice. Przejeżdżaliśmy nawet obok Stadionu Narodowego w Warszawie. Praktycznie nie różni się on niczym od boiska znajdującego się przy naszej szkole. Wystarczyłoby je tylko obkleić biało-czerwoną folią i Voilà  ( pol. włala) . Zawrotna prędkość pociągu sprawiła, że po około 10 godzinach dotarliśmy do Malborka, gdzie czekało na nas mnóstwo ciekawych zabytków i miejsc do zwiedzenia, a my wyspani i rześcy po całej nocy w pociągu postanowiliśmy podjąć to wyzwanie.

 

Piątek 22.06

Zostawiając swe toboły za sobą, wypoczęci i pełni nadziei na lepsze jutro, ruszyliśmy na pierwszy wojaż w kierunku malborskiej twierdzy. Nasza przewodniczka zadziwiła nas swym profesjonalizmem i zdolnością opowiadania do tego stopnia, że mózgi wielu z nas musiały przejść w stan uśpienia, by nie wybuchnąć z wrażenia. Na szczęście sam zamek nie zawiódł. Podziwialiśmy jego wnętrza z rozdziawionymi paszczękami, a widok z najwyższej w Europie latryny zmroził krew nawet najkwartszych (w zasadzie chodziło raczej o zapach ale... -przyp.najkwartszego).

Po powrocie do schronu(!) zrobiliśmy krótką przerwę, by znów wyruszyć na zewnątrz, tym razem na zakupy. Obładowani towarem wszelkiego sortu usadowiliśmy się wygodnie przed wejściem sklepu, by dać odpocząć nogom, rozliczyć koszta i skonsumować część nabytego asortymentu. Nasz widok  z pewnością wzbudzał w przechodniach skojarzenia ze słynnym obrazem van Głoga „Degustatorzy Tanich Win Na Miejscu Pracy”. Nikt się jednak tym zbytnio nie przejmował. Po powrocie zabraliśmy się za przygotowanie kolacji. A jako że byliśmy już prawie nad morzem, logicznym było, że musi to być spaghetti. Choć raczej bardziej pasowałoby SPAGHETTI gdyż przygotowane było w ilościach tak wielkich, że gdyby nie brak wina, zapewne transformowalibyśmy się w Włochów.

Wypełnieni makaronem po uszy, przemieściliśmy się ponownie do malborskiego zamku by podziwiać widowisko „Światło i Dźwięk”. Trzeba przyznać z całą szczerością, iż było to przeżycie niesamowite. Teoretycznie proste połączenie zapalanego w różnych miejscach światła i przestrzennego dźwięku, doprawione głosami elity polskiego aktorstwa, dało naprawdę świetny efekt, a klimat wylewający się z każdej cegły pogrążonego w ciemności zamku zapierał dech w piersi (uciskający płuca żołądek dodatkowo wzmacniał efekt). Gdy spektakl dobiegł końca, wolnym krokiem, udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Wszakże musieliśmy się przygotować na podbój mierzei, spotkania trzeciego stopnia z dziką fauną, nawiedzone domki kryjące tajemnice morderstw czy trolla który nie miał na imię Pszemek (ale też na P i z sz).

Sobota 23.06.12 r.

Zawitaliśmy w Piaskach znanych także jako Nowa Karczma.  Zakwaterowaliśmy się w kilkuosobowych domkach. Całość wyglądała zachęcająco – z jednej strony las, a z drugiej Zalew Wiślany oddzielony pasem trzciny, wśród której znajdował się drewniany pomost. Kontakt z przyrodą gwarantowała nam nie tylko flora, pospolitym okazem fauny był tutaj dzik. Zwierzęta te były bardzo oswojone, podchodziły pod ogrodzenie naszego ośrodka i czekały tylko, aż ktoś rzuci im coś do jedzenia. Pomimo spokojnego nastawienia do ludzi, potrafiły one podnieść poziom adrenaliny we krwi, przechodząc tuż za plecami podczas wędrówki na plażę. Z racji, że miejscowość ta jest najbardziej wysuniętą na Mierzei Wiślanej, postanowiliśmy zrobić wspólny spacer pod granicę polsko – rosyjską. Na miejscu zastaliśmy siatkę i tablice z wymienionymi odpowiednimi artykułami Kodeksu Karnego i Kodeksu Wykroczeń. W oddali było widać wieże wartownicze z żołnierzami. Każdy, kto przekroczyłby granicę, miałby małe problemy. Warto wspomnieć, że po rosyjskiej stronie mierzei znajdują się ogromne ilości bursztynu, który występował też dość obficie po stronie polskiej. Już parę minut poszukiwań wystarczyło, aby znaleźć kilka jantarów, wśród których zdarzały się naprawdę ładne okazy. Będąc na plaży mieliśmy okazję zobaczyć efekty dwudniowego połowu ryb, W sieciach znajdowały się głównie flądry, chociaż zdarzały się też okazy dorsza. Pobyt w Piaskach wszyscy wspinamy bardzo miło i  chcemy tam jeszcze wrócić!

Niedziela 24.06.12
Po nocnych przygodach z mitycznymi stworami, szerszeniem gigantem i psychodeliczno-psychopatycznym kotem-mordercą, wszyscy wstaliśmy skoro świt by ponownie ruszyć na szlak. Naszym kolejnym celem była Krynica Morska. Drogą, która miała nas tam zaprowadzić, okazał się być pas piachu między wydmami a morzem, znany lepiej jako plaża. Słońce nam sprzyjało, a odległość, choć duża, skracała się naprawdę szybko. W czasie postojów większość z nas zajmowała się tym co robimy najlepiej – bezczynnością, i ewentualnie uzupełnianiem wody w organizmie. Część z  nas stwierdziła jednak, że słodka woda jest dla mięczaków. Postanowili więc zaspokoić pragnienie orzeźwiającą morską wodą i przy okazji nieco popływać ( „mamo, jaki człowiek idzie” czyżby to do nas?)

Gdy dotarliśmy do Krynicy, nie było już czasu na zwiedzanie (ten natłok zabytków!) więc po szybkim posiłku udaliśmy się na przystanek, by komunikacją publiczną wrócić do punktu wyjścia – Piasków. Po powrocie zahaczyliśmy jeszcze o sklep, z którego wykupiliśmy w zasadzie wszystko, co nadawało się do zjedzenia, by potem wrzucić  do gara i stworzyć danie godne mistrzów kuchni. Jak to zwykle bywa wspólny posiłek obfitował w rozmowy i dywagacje na tematy wszelakie. A gdy ciemność zasnuła niebo udaliśmy się do pokojów. Choć pewna grupa jeszcze długo pod gołym niebem dyskutowała na temat sensu życia i możliwości istnienia hobbita wysokiego na 1,8m.

Poniedziałek 25.06.12

Ten dzień zaczął się tak jak pozostałe. Śniadanie w miłym towarzystwie, małe ogarnięcie pokoi i w drogę.  Z żalem i niechęcią opuściliśmy to miłe miejsce zwane Nową Karczmą.

I tak niespodziewanie znaleźliśmy się  już na plaży. Jeszcze tylko jeden łyk soku, buty do plecaka i zaczyna się przemarsz. Każdy  z nas szedł na swój sposób. Niektórzy urządzali sobie pogawędki, inni słuchali muzyki, a reszta zmagała się sama z naszym wrogiem. Wrogiem, czyli uporczywym wiatrem, który nie szczędząc naszych twarzy zawijał nam ziarenkami piasku. Deszcz to było to czego jeszcze brakowało na plaży, a jak wiadomo gdy pada deszcz należy założyć pelerynę. I tutaj było najwięcej śmiechu, gdy trzeba ubrać się w  tzw. „pelerynę reklamówkę”. Po przygotowaniu się na żywioł, znowu ruszyliśmy przed siebie. Nie wiadomo jak, i nie wiadomo czemu, tak szybko znaleźliśmy się już na zejściu z plaży. Każdy miał w głowie tylko jedno : zjeść, rozpakować się i co najważniejsze utulić się w swoim własnym śpiworze i spokojnie spędzić noc. Niestety zostało jeszcze dojść do naszego miejsca noclegu w Skowronkach. Gdyby nie dziwny pan, który pokazał nam drogę, po prostu byłoby ciężko. Jeszcze tylko przeprawa przez metrową trawę, no dobra nie będę przesadzał była tylko pół metrowa, i już w swoich własnych domkach.

I tak skończył się dzień. Nie napiszę teraz  co będzie czekać  na niektórych z nas w domkach, dokładniej mówiąc o lewitujących rzeczach. Nikt tego nie chciałby chyba przeżyć.

 

Wtorek 26.06.2012r

4:00

Na wschodzie robi się już jasno i mogę wreszcie położyć się spokojnie spać. Ta noc była niczym sen szaleńca, czy może raczej koszmar. W jednym z domków, co rusz przedmioty same się przemieszczały, a niektórzy ponoć słyszeli jakieś dziwne krzyki. Lokatorzy drugiego zaś zachowywali się, jakby coś ich opętało. W dzikim tańcu skakali gdzie popadnie, by momentalnie paść nieprzytomnie do łóżek. Powieki opadają, zasłona milczenia z pozdrowieniami dla Staska i mieszkańców nawiedzonego domku też, pora spać.

9:00

Wszyscy są już na nogach. Większość zdaje się nie pamiętać co działo się w nocy. Trochę mnie to przeraża, ale może to mój mózg płata mi figle i noc tak naprawdę była spokojna.

Na zewnątrz pogoda jest wstrętna. Deszcz uniemożliwia nam dalszy marsz. Prawdopodobnie zostaniemy tu kolejny dzień.

11:00

Decyzja zapadła, zostajemy do jutra. Nie podoba mi się to, ale cóż demokracja ma swoje zasady.

13:10

Deszcz przestał padać, ale pojawił się inny problem. Kończą się nam zapasy więc musimy wysłać grupę wypadową, by zdobyli coś do jedzenia. Depresyjny humor towarzyszący wszystkim od rana zaczyna przechodzić, ale ja nadal czuję niepokój. Coś tu jest nie tak.

15:00

Grupa wypadowa wróciła. Na szczęście cali, zdrowi i z zapasami.

Doszliśmy do wniosku że skoro już nie pada, to bezczynne siedzenie w domkach nie ma sensu. Ruszmy na plażę na rekonesans. Nie od razu. Za jakiś czas. Te chatki są przecież takie wygodne.

17:00

Nieco opornie, ale w końcu udaliśmy się na plażę. Niestety prócz naprawdę inspirującego widoku Słońca przebijającego się przez chmury, znaleźliśmy tam tylko wzburzone morze i wiejący w oczy piasek. Przez moment wydawało mi się że widzę tego mężczyznę, który wczoraj pokazał nam drogę przez las. Ciekawe co tam robił w taką pogodę.

19:00

Wróciliśmy już do domków. Właśnie rozpalamy ognisko nad którym skwierczeć będą kiełbaski. Niektórzy postanowili zagrać w piłkę. Pogoda się poprawia. Wszystkim wraca humor. To naprawdę miła okolica. Gdy wracaliśmy z plaży znów zdawało mi się żę widzę tego brodatego dżentelmena stojącego w głębi lasu przed nami z uśmiechniętą miną, ale to niemożliwe, żeby poruszał się tak szybko, by nas wyprzedzić. Widać mój niewyspany mózg płata mi figle. Kiełbaski gotowe. Pora jeść.

21:00

Ognisko dogasa, kolacja zjedzona, mecze rozstrzygnięte. Pora się wreszcie porządnie wyspać. To miejsce z każdą chwilą podoba mi się coraz bardziej. Po cichu mam nadzieję że zostaniemy tu jeszcze jeden dzień. W sumie co nam szkodzi...

Środa   27.06.12

 

Rano z żalem musieliśmy opuścić miejsce, w którym spędziliśmy dwie noce. Autobusem ruszyliśmy w kierunku Kątów Rybackich. Dalej poruszaliśmy się pieszo z plecakami do miejscowości Sztutowo. To w tej małej miejscowości w lesie, stanął w czasach II wojny światowej, nazistowski obóz zagłady. Spędziliśmy tu prawie 3 godziny słuchając, w jakich ciężkich i nieludzkich warunkach żyli i konali więźniowie. Bogatsi o tę wiedzę udaliśmy się trasą starej kolejki wąskotorowej do naszego kolejnego noclegu w Stegnie.

 

 

Czwartek 28.06.12

Godzina 7:00, dzwoni pierwszy budzik, ktoś niczym lunatyk automatycznie go wyłącza z chęcią zemszczenia się na biednym telefonie. 7:30 znów ten sam dźwięk, nikt nie reaguje, bo i po co? Przecież wychodzimy dopiero o 8:00, a wystarczy tylko zjeść, spakować się i sprzątnąć pokój. W końcu udało się, po długiej walce z własnymi słabościami Panowie i Panie wrócili do świata żywych. Na śniadanie, tradycyjny nadmorski przysmak,  śledź z Bałtyku oraz pomidory hodowane na paszy gdzieś w południowej Polsce, pakowane w Poznaniu do puszki. Tradycje przede wszystkim, bo jak nad morzem można nie zjeść ryby?  Niestety pech tak chce, że ta w puszce wydaje się świeższa niż ta w smażalni, mimo, że przebyła już cała Polskę. No dobra zjedzone, spakowane, posprzątane. Ale co to? No tak Pan P. jak zwykle na czas… Wszyscy stoją gotowi do marszu a on szczotkuje zęby. Udało się, w końcu ruszyli, niczym pielgrzymka, nabierają tępa coraz szybciej i szybciej a tu nagle HALT! Sklep… niektórzy muszą zjeść nieco inne „śniadanie”. Ponownie ruszyli, kilometr asfaltem i znów morza szum, ptaków śpiew złota plaża pośród drzew bo i pogoda dopisuje. Fanatycy butów na plaży twardo obstają przy chodzeniu w nich po piasku, lecz jedna, druga i trzecia fala odmieniają ich poglądy o 360 stopni, idą boso, jak to w tej piosence znanego zespołu spod samiuśkich Tater, hej! Ale chyba pomyliłem klimaty. Wracamy nad morze, idą łeb w łeb, głowa koło głowy, ręka koło ręki, plecak obok plecaka, ale co to, ucieczka kilku uczestników, reszta nie ma szans ich dogonić, spotkają się dopiero na pierwszym pit stopie, ale o tym zaraz.

Pozwolę sobie na krótki opis tego co mogą zobaczyć oczy, a jest na co patrzeć i nie mam tu na myśli żywych elementów letniego krajobrazu plaży. Stegna i Jantar, a przynajmniej ich plaże warte są odwiedzenia. Niewysokie wydmy zarośnięte delikatnymi drzewami i krzewami dzikiej róży subtelnie przechodzą w złocisty piasek, który jest ulubionym miejscem amatorów( i amatorek) wygrzewania się w promieniach słońca. W momencie, gdy mamy już dość kąpieli słonecznej, można ochłodzić się w wodzie, która swoim kolorem, przejrzystością i temperaturą zachęca do zanurzenia się w niej po uszy, co też czynią nasi współuczestnicy na pierwszym pit stopie, do którego właśnie wracam. Cudowna aura i luźna atmosfera panująca wśród wszystkich skutkuje dobrym humorem i uśmiechem po uszy, tej sielankowej chwili nie jest w stanie zepsuć nawet nagi Jaskier w wodzie… Pochód rusza dalej, niektórzy idą lasem, tempo nie jest równe, lecz każdy idzie tak, jak mu to odpowiada, bo przecież o to w tym wszystkich chodzi. Następnie postój drugi, chwila wytchnienia i dalszy marsz. Jesteśmy coraz bliżej delty Wisły, co niestety widać w wodzie, kto wie, może właśnie kilka śmieci pochodzi ze Soły, bo ktoś wyrzucił je w Kobiernicach.

Trzeci pit stop to prawie już wejście na plażę z Mikoszewa. Po dłuższym odpoczynku i kolejnej kąpieli niektórych współwędrowców ruszamy.  Wchodzimy do lasu, ucieczka od peletonu ma coraz więcej osób. Jednak tył pochodu musi się zatrzymać, na nogach Pawła pojawiły się stygmaty… Już mieliśmy dzwonić do księdza, jak to już bywało na wyjeździe, kiedy Adam, wykwalifikowany ratownik zauważył, ze to tylko pęknięty odgniat. No cóż widać, ze pewnej części grupy udzieliły się te „mistyczne” przypadki, które miały miejsce kilka dni wcześniej. Po udzieleniu fachowej pomocy Pawłowi idziemy dalej. Wreszcie cywilizacja, jakiś chodnik, droga, sklep – Mikoszewo! Po chwili docieramy do naszego miejsca docelowego. Rozdzielamy domki, trzeba iść do sklepu po „obiadokolację”.

Grupa kilku niezłomnych z Paniami Szefowymi wyrusza, po drodze zahaczając o bar z jedzeniem, gdzie jakże miły Pan stojący za szynkiem, namawia każdego do spożycia posiłku. Obiecuje świeże ryby i wielkie hamburgery, zgoda! Jemu nie dało się oprzeć, wrodzony talent karczmarza. Zjedliśmy, posłuchali pozytywki i ruszyli do sklepu, w którym nie było naszego głównego posiłku, kiełbasy na grilla. Część grupy wyszła i udała się w poszukiwaniu innego sklepu. Na szczęście 2 trzeźwo myślących starych wyjadaczy kółka 20tka w porę zorientowało się, że grupa idzie w zła stronę, o czym poinformowali resztę i w końcu po ustalaniu jedynego właściwego kierunku marszu, wyruszyliśmy.

W sklepie nastąpiło „challenge accepted” bo kupiliśmy kiełbasę.  W drodze powrotnej kilku amatorów świeżej ryby postanowiło ponownie odwiedzić bar. Po chwili rozmowy z naszym ulubionym szynkarzem, dowiedzieli się, że z Kętami łączy go 5 lat pracy na „metalach” i trenowanie boksu. Niestety reszty szczegółów zdradzić nie mogę, danego słowa należy dotrzymać. Jeżeli ktoś byłby zainteresowany, warto odwiedzić bar w Mikoszowie.

Wszyscy już w ośrodku, więc… jemy kiełbasę, do porzygu… Następnie mecz siatkówki no i tu widać kto miał WF z Panem Błasiakiem. Taka osoba doskonale wie, że piłkę podajemy dołem pod siatką z ręki, BHP przede wszystkim.

Powoli się ciemni, a w TV zaczyna się mecz Niemcy- Włochy. Część idzie kibicować wraz z właścicielami ośrodka, którzy bardzo entuzjastycznie reagują na zwycięstwo Włochów. Potem jeszcze kilka partyjek bilarda i trzeba by iść spać… Ale nie można, przecież na ruszcie jest kiełbasa, nie może się zmarnować. Kilka zjedliśmy, kilka się spaliło, miłe rozmowy i eksperymenty z paleniem cukru również były bardzo owocne, Sztefan jak zawsze czymś nas zaskoczył.

Wreszcie nadszedł czas rozstania, wszyscy udali się do swoich lub tez nie swoich domków, a to co działo się do rana, niech pozostanie słodką tajemnicą uczestników tych zdarzeń, a kto nie był, niech żałujeJ A miało być krótko i rzeczowo, lecz jest to nie możliwe, bo tak cudownych dni, nie da opisać się  w kilku słowach.

 

Piątek 29.06.12

To ostatni dzień naszej wędrówki.

Płyniemy promem na Wyspę Sobieszewską Przekopem Wisły. Jesteśmy w jej ujściu, my którym tak blisko z domu do jej źródeł. Może kiedyś wybierzemy się w trasę od Baraniej do Gdańska? Ale póki co, rezerwat Ptasi Raj, Górki Wschodnie (nie Wielkie), wyniki egzaminu maturalnego (każdemu życzę dowiadywać się o swoich sukcesach w takim towarzystwie i otoczeniu), plaża, Gdańsk ze swoim targowiskiem próżności, swojską Harcówką i pociąg na południe ( nie o północy).

Miało być krótko i rzeczowo, „ale tak cudownych dni, nie da opisać się  w kilku słowach”.

Made by : Lucjan, Gasiek, Seba, Ania, Agnieszka, Stefan, Maciek, Paweł.

Dziękujemy wszystkim naszym sponsorom, dzięki którym mogliśmy odbyć tę wyprawę : Urzędowi Gminy Kęty, Emalkentowi oraz tym którzy prosili o anonimowość.