Zasadnicza Szkoła Zawodowa Kęty

Z Ustki do Łeby

Z Ustki do Łeby - czyli kolejne podboje „20-dziestki”

 

Środa i Czwartek  18-19.06.2014

   Anno Domini  18.06.2014r. na dworcu w Bielsku –Białej nasza przygoda się rozpoczęła. Powiem prawdę – było strasznie.  Strasznie wiał wiatr, strasznie byliśmy zmęczeni, strasznie dobrze się bawiliśmy i strasznie fajnie było. Nasze opiekunki dodałyby jeszcze, że strasznie dużo nas było, ale przecież – my, wzorowa młodzież Kopernika – widzieliśmy w tym fakcie tylko zalety.

   Bezpośredni  autobus (pozdrowienia dla PKS BYTÓW relacja Wisła - Ustka) okazał się kolejną Strzałą Beskidów i Pomorza – nasza podróż trwała ponad 14 godzin. Ale dla usprawiedliwienia należy tu dodać, że było święto – dwie procesje na drodze, tłum podróżnych szturmujących drzwi autokaru – czyli dzień jak co dzień.

   Ustka przywitała nas promenadą, latarnią morską, nowym obrotowym mostem oraz historycznym pomnikiem Syrenki, którego zazdroszczą im nawet Warszawiacy. Mianowicie spełnia ona marzenia – wy-star-czy.. Jeden mej różdżki ruch… Eee.. To nie ta bajka. To nie Wróżka Chrzestna ani Złota Rybka. Naszą Syrenkę należało tylko złapać/dotknąć za lewą pierś. Nie komentujmy wydarzeń tu następujących w wykonaniu naszych chłopaków.

   Zmęczeni, po dniu pełnym wrażeń, podróży, zasłużyliśmy na przepyszne jedzonko i wreszcie kilka godzin snu. Jak się jednak okazało, Syrenka nie była zbyt atrakcyjna dla męskiej części kółka, gdyż zamiast pogrążyć się w słodkich marzeniach sennych, udali się oni do „Pokoju zwierzeń” kultywując tradycję „20-stki”. Więc o czym/o kim śnili członkowie naszego kółka – czy o kolejnych ekscytujących dniach wycieczki, czy o kochanej szkole, o zmęczeniu? Nie pytajcie mnie.

Made by  Weronika i Paffeł oraz ADHB

 

Piątek  20.06.2014

   Późnym rankiem,  a wczesnym południem , lekko zaspani,  aczkolwiek wypoczęci,  wyruszyliśmy w pierwszą  eskapadę wzdłuż morza. Celem naszej wędrówki było Poddąbie.

   Pogoda była słoneczna, ale wiało a wiało. Podczas wędrówki plażą, chłopcy zauważyli klif z wystającą półką piaskową, na którą oczywiście musieli wejść . Schodząc,  spowodowali lawinę piaskową. Działo się.

   Niektórzy „łowcy skarbów” zbierali wszystkie napotkane przedmioty na przykład starą żarówkę, kask budowlany, boję.  Po drodze chłopcy nie omieszkali zażyć kąpieli błotnej. I znów się działo. 

   Po kilkugodzinnej wędrówce dotarliśmy do ośrodka „Lazur”. Atrakcją wieczoru było ognisko oraz jazda po mieście czteroosobowym gokartem ( napęd nożny ). Na  koniec dnia najwytrwalsi  poszli podziwiać zachód słońca.  Zaczęły się „bitwy w piasku” oraz wrzucanie do morza . Jaskier z Maciusiem ochoczo rozebrali się, aby wskoczyć do morza,  ale temperatura wody skutecznie schłodziła ich zapał. Po wyjściu z wody nastąpił pewien problem – zniknęły ubrania Jaskra. Spodnie znalazły się najszybciej  -  powiewały na ok. 7m palu. Po nieudanym poszukiwaniu koszulki, zrezygnowany Jaskier wracał do ośrodka w „stroju Borata”.

   Po udanym dniu wszyscy poszliśmy grzecznie spać. Szaleńcy nie mieli okazji się wyspać, ponieważ o 4 nad ranem poszli oglądać (zachmurzony) wschód słońca. Tego dnia jednak wzeszło.

Made by  Z. Kurek  A. Gawęda

 

 

Sobota 19.06.2014

   Kolejny dzień i tym samym nasz kolejny cel. Tym razem padło na miejscowość, o jakże zachęcającej i szlachecko brzmiącej nazwie - mowa tu oczywiście o Rowach. Mamy za sobą nocleg w Poddąbiu, skąd wyruszamy. Przed nami kawałeczek, bo zaledwie 7 kilometrów. Dla doświadczonych kółkowiczów to drobiazg, choć zawsze znajdzie się ktoś, kto musi ponarzekać na bolące nogi :) Inni z kolei potrafią rozpędzić się tak, że zatrzymuje ich dopiero odcinający drogę port. Pozostali jakoś dotarli do ośrodka i pozajmowali pokoje. Bardzo tu przyjemnie i przede wszystkim przestronnie. W końcu cały budynek tylko dla Nas. Po jakimś czasie wybraliśmy się na tradycyjne, nadmorskie jedzenie. Oczywiście, że chodzi o kebaba i zapiekanki! Nic nie smakuje tak, jak sos uciekający z bułki przy wietrze godnym sztormowi. Jeszcze tylko szybkie zakupy i wracamy. Pod wieczór każdy zajął się czymś innym. Jedni z  wielkimi emocjami oglądali relację z Mundialu, inni postanowili rozegrać na piaskowym boisku własny mecz.

   Nie zapominajmy też o ewolucjach na karuzeli i przejażdżkach samochodową przyczepką połączonych z oraniem trawnika dyszlem. Nasi wykwalifikowani pracownicy – Inżyniery, zaopatrzeni w środki ochrony osobistej,  przeprowadzili dogłębną ekspertyzę każdego z pokoi i dbali o bezpieczne przebywanie w nich. Do dziś pozostaje jednak niewyjaśniona kwestia dziwnych odgłosów z łazienki pań nauczycielek powikłanych z błotnistymi śladami stóp ciągnącymi się przez cały korytarz…

   I tak zleciał nam cały dzień, choć to, co opisałem, to tylko ułamek. W Rowach byłem, relację popełniłem, ręce na plaży odmroziłem.

Made by Stefan

 

Niedziela 20.06.2014

  Tego dnia wyruszyliśmy z miejscowości Rowy do, przerażającego nas samą nazwą,  Lasu Smołdzińskiego. To miała być najdłuższa trasa wycieczki - i taka była. Idąc 15 km plażą do głowy przychodzą różne dziwne pomysły. Topienie w morzu, opalanie się w słońcu i piasku, a także marsz na bosaka to standard. Trzeba sobie jeszcze jakoś czas umilić, więc koledzy zrobili niespodziankę Pani Oli - zakopali jej plecak w piasku,  co bardzo ją ucieszyło i wzruszyło :-) . Chłopaki, zamiast w morzu, taplali się w błocie. Czyżby myśleli, że to wpłynie na ich urodę ? :-P

   Podczas najdłuższego odpoczynku  zaczęło się tradycyjne wrzucanie do morza na trzy ... cztery ... iii ... plum ! Nie oszczędzono nawet Łukasza, dla którego mundur i piżama to jedyny ubiór na wycieczce: " mundur za dnia, piżama po zachodzie słońca :D " . Mimo przebytych kilosów, po wyjściu z plaży musieliśmy iść pod górę (jak to bywa nad morzem), gdzie zaliczyliśmy latarnię w Czołpinie. Zapoznaliśmy się ze schematem rozmieszczenia wszystkich latarni na wybrzeżu.  Oczywiście padła propozycja,  że MUSIMY następnym razem zorganizować wycieczkę szlakiem latarni morskich. Będziemy o tym pamiętać i na pewno przypominać :-P . Widok z latarni był oszałamiający: morze, lasy, ruchome wydmy oraz najbardziej oddalony Rowokół, którego widok bardzo nas przeraził, gdyż za sympatycznymi  uśmiechami oraz świecącymi się oczami Pani Oli i Ali kryła się gorzka prawda - "„jutro tam pójdziemy :-) ". Pomimo jednogłośnego protestu w następny dzień już tam byliśmy.

   Wieczorem, idąc cały czas do przodu  i pod wiatr, doszliśmy do noclegu w Smołdzińskim Lesie. Czekała nas tam miła niespodzianka - luksusowe apartamenty nazwane przez Panią Alicję 'bungalowami '. Tam nasi szefowie kuchni przyrządzili pyszne spaghetti, a ich niewielkie miejsce pracy zamieniło się w jadłodajnię. Właściciel domków był tak miły, że na następny dzień zamówił specjalnie dla nas obwoźny sklep ze świeżym pieczywem :D .  Tak nastał poranek i kolejny dzień pełen emocji i przygód.

Made by Karolina :)


 

 

Poniedziałek 21.06.2014

   Kolejny  dzień naszej wędrówki,  to na początek odwiedziny skansenu Słowińców w Klukach. Niesamowite miejsce, w którym czas się zatrzymał. Dla nas również, gdyż by tam dotrzeć (oczywiście pieszo), musieliśmy pokonać drogę niestety asfaltową. Ale cóż to dla nas. Niestraszny był nam padający deszcz, brak komunikacji  państwowej, żywej duszy na trasie (prócz nas). Początek grupy prowadził nietuzinkowe dysputy ( „Władza niszczy i uderza do głowy”, „Portki na maszt”, „Sjufit jest krzywy”, „Dusza ciecia”, „Za 10zł to ja sobie życie ułożę”, „Kto bogatemu zabroni”….:)), środek podśpiewywał, a końca nie było widać.

   Deszcz jakoś nie chciał nas opuścić i tak po błyskawicznym zapoznaniu się z tradycjami i historią Słowińców, biegiem znaleźliśmy się na przystanku PKS, skąd zabrał nas litościwy pan kierowca (następny kurs był dopiero wieczorem).

   Dalsze atrakcje tego dnia, to super obiadek (żelazny punkt naszych eskapad) i wyjście na Świętą Górę Słowińców (czyż mogliśmy tam nie być?), Rowokół,  oraz wizyta w Muzeum Słowińskiego Parku Narodowego. Stamtąd niezapomnianych wrażeń dostarczyła nam podróż Gimbusem (niektórzy z nas po raz pierwszy dostąpili zaszczytu  podróży tak wdzięcznym środkiem lokomocji) i już czekała na nas Łeba – mekka letnich wypadów młodzieżowych. Oczywiście zaliczyliśmy zakupy kolacyjkowe i spacer na plażę, a potem przygotowanie kolacji dla całej grupy przez naszego kółkowego kucharza-elektronika. Cóż to była za kolacja – te jajka na twardo w majonezie !!! Cud malina.

I ja tam byłam, miodu i mleka nie piłam. Co widziałam Wam opowiedziałam.

Made by Ola

 

 

Wtorek  24.06.2014                         Dzień ostatni - RAKIETY

   Dzień jak co dzień rozpoczęliśmy od nocnego czuwania z powodu tak zwanej zielonej nocy. Staliśmy zwarci i gotowi na ataki, jednak okazało się, że nic się nie działo i poszliśmy spać. Po kilku godzinnym spaniu, ogarnięciu się,  zostawiliśmy nasze rzeczy  w bezpiecznym miejscu, czyli garażu i ruszyliśmy w stronę wypożyczalni rowerów. Kolejny etap wyprawy  to  Wyrzutnia  Rakiet z czasów II wojny światowej w SPN (Słowiński Park Narodowy).

   Najpierw  zahaczyliśmy o pierwszą wieżę widokową  z piękną panoramą na Jezioro Łebsko . Po przeczytaniu informacji o rejonie i sprawdzeniu przez naszych kolegów  wytrzymałości  wieży (test wypadł pozytywnie - wieża się nie zawaliła), ruszyliśmy dalej naszymi rowerami. Po przejechaniu kilku kilometrów dotarliśmy do wspomnianej wyżej wyrzutni rakiet . Tam dowiedzieliśmy się wiele ciekawych i interesujących rzeczy. Na przykład, że drogę którą jechaliśmy, wybudowali rosyjscy jeńcy z czasów II wojny światowej, sam kompleks został wybudowany w 1941 przez Niemców, tutaj przeprowadzano testy rakiet przeciwlotniczych. Po wojnie przejęli ten teren Rosjanie,  a na przełomie lat 60 i 70 działała  tu Stacja Sondażu Rakietowego Łeba, której zadaniem było testowanie rakiet meteorologicznych przeznaczonych do badania górnych warstw atmosfery.  Warto samemu zobaczyć to miejsce ;-).

   Kolejny punkt naszej wyprawy to Ruchome Wydmy. Po dotarciu  na miejsce i po przeczytaniu przez Kierza  informacji na temat prędkości przemieszczania się piasku, budowy terenu, poszliśmy na owe wydmy. I tu zaczęło się szaleństwo,  zaczęła się zabawa jak to określił kolega „Prosty lud, proste zabawy” :-).  Czyli: zrzucanie się, przepychanie, skakanie jak najdalej się da, ze skarpy na dół, ze skarpy w górę, rzucanie się piaskiem, zapasy i wiele innych. Dosłownie piasek był wszędzie. W uszach, włosach, telefonach, kieszeniach i zgadnijcie gdzie jeszcze. Po zabawach „prostego ludu” udaliśmy się na naszych rowerach  w drogę powrotną.

   Nadszedł nieubłagany moment, gdy odwiedziliśmy ostatni raz plażę. Następnie szybko do autobusu na pociąg w Lęborku, skąd pojechaliśmy prosto do  Bielska-Białej czyli do domu. Podróż była wygodna, co się nie zdarza Kółkowiczom, ponieważ mieliśmy miejsca leżące. 13 godzin później dotarliśmy na miejsce, gdzie nastąpiły pożegnania i powroty  do domów.

Tak w skrócie ;-)

Made by Kierzu


W miejscu tym chcieliśmy złożyć serdeczne podziękowania dla Urzędu Gminy Kęty,
który wspomógł finansowo naszą  wyprawę.