Zasadnicza Szkoła Zawodowa Kęty

Wolin - Pomorze Zachodnie

Pewnego słonecznego dnia, a był to 15 czerwca Anno Domini 2011, w okolicach Dworca Autobusowego w Kętach, zaczęły przemieszczać się bliżej niezidentyfikowane osoby ze sporych rozmiarów bagażami na plecach. Nie trudno zgadnąć, że owymi „rumunami                z tobołami” byli członkowie Koła Turystycznego 20-stka, wykonujący misję o kryptonimie „JODOWANIE cz.2”.

Punktualnie o godzinie 15 przy przystani busów zgromadzili się wszyscy jadący na podbój, tym razem Pomorza Zachodniego. Niektóre osoby zjawiły się troszkę wcześniej, i dzięki wyśmienitej znajomości znaków drogowych zostały nagrodzone mandatem karnym J.

Tak więc,  rozpoczęło się tradycyjne przedstawianie się, a potem było już tylko czekanie, czekanie i… czekanie na upragnionego busa zmierzającego w kierunku: Kraków –Dworzec Główny. Jedni rozmawiali, inni z uporczywą cierpliwością wypatrywali oczekiwanego transportu, a jeszcze inni do perfekcji osiągnęli sztukę kamuflażu – niejeden kameleon by się nie powstydził. Kiedy tuż przed godziną 17 dotarł bus marki Int****lm nastąpiło szybkie przegrupowanie, oraz załadunek bagaży – po wielu próbach bagażnik udało się domknąć. Czas podróży do Krakowa upływał szybko, jednym na słuchaniu muzyki, innym na rozmowach z kierowcą, który wyraźnie chciał się do nas przyłączyć, jeszcze inni poznawali się nawzajem, a skrajne przypadki zaczepiały obcych harcerzy. Przejazd przebiegł bez żadnych przeszkód, a potem poszło z górki. Zajęliśmy 3 przedziały… w jednym usadowiło się 7 osób, w drugim, 6, a w trzecim aż  4! Ponieważ nie udało nam się dokonać rezerwacji, a pociąg był niezwykle przeładowany, niektórzy chcąc lub nie chcąc, z wyraźnym podkreśleniem tego drugiego, musieli przyjąć do swojego towarzystwa innych obcych pasażerów. Byli tam między innymi: niejaki pan Marek – mistrz sztuk karcianych, niezwykle utalentowany i dowcipny kawalarz (no po prostu boki zrywać), oraz 3 bezczelnie miłe panie emerytki z bagażami o gabarytach większych od siebie (bynajmniej drobnymi osobami one nie były). Podróż płynęła wolno… leniwie…  i lekko sennie. Choć niektórzy i tak oka nie zmrużyli. A po długiej, i doprawdy ciężkiej nocy, naszym oczom, za oknami pociągu, ukazała się tablica ŚWINOUJŚCIE.

 

CZWARTEK

 

Około godziny 8 rano ekipa szkolnego Koła Turystycznego 20-stka dotarła do celu swej podróży czyli do miasta Świnoujście. Miasto to jest bardzo specyficzne ponieważ położone jest ono na 3 dużych wyspach: Uznam, Wolin oraz Karsibór. Po ciężkiej nocy w pociągu ekipa 20-stki była bardzo zmęczona, niemrawa, cicha … i bardzo to do tej ekipy nie pasowało gdyż na ogół jest całkowicie odwrotnie. Lecz widział Pan, że było to złe i po zjedzonym posiłku tchnął w ludzi nowe siły i energię na podziwianie uroków tego miasta. I tak najpierw przemieściliśmy się promem na wyspę Wolin gdzie zwiedziliśmy miejscowe muzeum.              W muzeum tym zawarta była cała wiedza na temat ryb, ptaków i innych stworzeń żyjących       w Bałtyku oraz w innych akwenach wodnych świata. Można tam było zobaczyć również wiele pięknych bursztynów, a z ust naszego przewodnika usłyszeć ciekawe historie związane z morzem i nie tylko. Nasz przewodnik okazał się być bardzo miły gdyż pozwolił nam przechować w muzeum nasze plecaki, za co z tego miejsca chcielibyśmy mu bardzo podziękować J. Myśl, że  nie musimy chodzić z plecakami, tchnęła w nas kolejne siły. Szybko zostały one jednak roztrwonione, gdyż zabłądziliśmy w poszukiwaniu kościoła Stella Maris. Po krótkiej naradzie z mapą w ręku udało nam się go w końcu odnaleźć lecz trud w to włożony nie był proporcjonalny do wyjątkowości tego kościoła. Na nasze oko okazał on się być całkiem pospolitym i nie było w nim nic wyjątkowego. Jedyną atrakcją jaka nam towarzyszyła podczas jego zwiedzania była próba zjedzenia go przez Gaśka. Próba ta zakończyła się jednak niepowodzeniem tak samo jak miało to miejsce w jednym ze skeczów Monty Pythona.

Po kolejnym zastrzyku energii udaliśmy się promem na drugą stronę wyspy a stamtąd pieszo pod latarnię i do Fortu Gerharda. Po drodze zaczepił nas przemiły Pan Busiarz z propozycją podwiezienia nas pod samą latarnię za 4 zł od osoby. Postanowiliśmy skorzystać z jego oferty a drogę powrotną pokonać pieszo. Warto tu nadmienić, że Pan Busiarz był jak dobry omen gdyż w późniejszej części wyprawy pojawiał się na naszej drodze jeszcze kilka razy akurat w momencie gdy potrzebowaliśmy jakiegoś środka transportu. Po krótkiej podróży wszyscy udaliśmy się na sam szczyt latarni, która jest jedną z najwyższych w Europie. Na jej szczyt prowadzi 300 schodów, ale naprawdę warto na nią wyjść, gdyż widok na górze jest zapierający dech w piersiach. Niestety z latarni nikt nie spadł i całą grupą udaliśmy się do Fortu Gerharda.. Jest to jeden z fortów Twierdzy Świnoujście. Zwiedzanie fortu było bardzo dużą atrakcją gdyż podczas niego przeszliśmy krótki kurs żołnierskiego życia, oraz zostaliśmy pasowani do stopnia wojskowego. Pan przewodnik próbował nauczyć nas musztry, szorowania wychodka, strzelania z karabinu oraz wielu innych ciekawych rzeczy. Niestety jego próby zakończyły się niepowodzeniem, co oczywiście nikogo nie powinno dziwić gdyż miał do czynienia z tak zwaną trudną młodzieżą J. Jako podziękowanie, usłyszał od nas pięknie wykonaną  „ Przybieżeli do Betlejem” .Na koniec zwiedzania Fortu kilku śmiałków odważyło się przejść po linie nad bajorkiem lecz mimo zachęt i braw żadnemu z nich nie udało się wpaść do wody i sprawić tym przyjemności innym. Drogę z Fortu do promu pokonaliśmy pieszo, następnie kolejna przeprawa promem do muzeum po nasze plecaki i znów promem tym razem na pociąg do Międzyzdrojów, gdzie mieliśmy zaplanowany nasz pierwszy nocleg. Po dotarciu na miejsce wszyscy zgodnie udali się zmyć z siebie trudy (brudy) podróży i całego dnia. Po doprowadzeniu się do porządku udaliśmy się na plażę, co jednak nie okazało się najlepszym pomysłem. Gdy tylko weszliśmy na plażę, z nieba lunęło deszczem i lekko przemoczeni wróciliśmy do naszego kampingu.. W tej krótkiej chwili,gdy byliśmy na plaży i jeszcze nie padało Darek podjął próbę przeskoczenia Morza Bałtyckiego, jednak tak jak w skeczu Monty Pythona zakończyło się to niepowodzeniem. Po powrocie, dziwnym trafem deszcz ustał i się wypogodziło, więc korzystając z okazji do około godziny 23 prowadziliśmy na dworze mądre dyskusje, jednak zmęczenie podróżą i minionego dnia silnie zaczynało dawać nam się we znaki w związku z czym wszyscy zgodnie udali się do swoich łóżek by wypocząć przed kolejnym ciekawym dniem. Bo przecież gospodarka idzie do przodu, a ludziom żyje się coraz lepiej.”

PIĄTEK

Był piękny piątkowy poranek gdy grupa rumuńskich imigrantów obudziła się  w obozie dla uchodźców w Międzyzdrojach.  Choć weseli i pełni energii nudzili się okropnie, toteż starszyzna, mimo iż w składzie wyłącznie kobiecym podjęła męską decyzję, by wyruszyć w świat na spotkanie przygody.

Droga była długa i kręta, i wielu wątpiło czy uda się im dotrzeć do celu. Lecz Pan Busiarz czuwał nad nimi i za drobną opłatą zgodził się dowieźć ich do celu Jeziora Truskawkowego ( do którego zresztą postanowili się udać zwiedzeni wizją bujnie porastających jego brzeg truskawek ). Grupa długo błądziła po okolicznych lasach w poszukiwaniu legendarnego jeziora. Było to tym trudniejsze, gdyż żadna mapa, ani tym bardziej oznakowania na drzewach, nie wskazywały im właściwego szlaku.

Gdy dotarli na miejsce wszyscy doznali szoku. Okazało się że jezioro tak naprawdę zwie się Turkusowym, a w jego pobliżu nie ma ani grama truskawek. Jednak smutek nie trwał długo, gdyż przytłoczeni pięknem wyściełanej turkusem powierzchni jeziora szybko zapomnieli o żalu. Jeden z nich stwierdził nawet, że zawsze marzył by zakończyć swój żywot w tak pięknych okolicznościach przyrody, i już przekroczył ochronną barierkę, by oddać ostatni w swym życiu skok, lecz czujni towarzysze zdążyli oślepić go błyskami fleszy i wciągnąć z powrotem. Gdy ruszyli dalej okazało się że las żyje własnym życiem, a ścieżka która miała prowadzić naprzód, zawiodła ich do miejsca z którego przybyli. Niezrażeni ponowni udali się w odmęty drzewnej gęstwiny, by w końcu dotrzeć do miejsca w którym wszyscy jednogłośnie stwierdzili , iż „wdepnęli w niezłe bagno”. Przed nimi rozpościerała się delta Świny- ciągnący się po horyzont teren bagnisto-zalewowy do którego wstępu niema żadna istota ludzka ( o czym dobitnie świadczyły bielejące tu i ówdzie kości nieszczęśników którzy próbowali się przez nią przeprawić ). Zdjęci trwogą ruszyli w drogę powrotną. I choć zdawało im się, że dotarli na znajomą drogę, las znów dał o sobie znać ukazując ich oczom stary poniemiecki bunkier, który jak się później okazało był poligonem doświadczalnym kolejnej niemieckiej Wünderwaffel, działa V-3. Ale nie uprzedzajmy faktów. Bunkier pełen był pozostałości po wojnie -od broni poczynając, przez mundury, na sprzętach codziennego użytku kończąc.  W jednej z komnat siedział człowiek, który mową i zachowaniem kogoś im przypominał, nikt jednak nie mógł sobie przypomnieć kogo. Jak się później okazało był on strażnikiem tego miejsca związanym z nim klątwa cyrografu zwanego „Umową o Pracę”. Jednak nie uprzedzajmy faktów. Opowiedział im on historię tego miejsca i wskazał drogę powrotną do ośrodka dla uchodźców. Po powrocie wszyscy szczęśliwi że żyją postanowili to uczcić.

Jako że jedna z członkiń starszyzny obchodziła tego wieczoru 20-ste urodziny zabawa zapowiadała się jeszcze weselej. Odźwierny ośrodka za symboliczną puszkę mleka narąbał drew i rozpalił ognisko. Dodatkowo obdarzono jubilatkę oficjalnie totemem wesołego bawoła, a wręczony jej tort, pomysłowością formy i finezją wykonania, przyćmiewał dzieła najznamienitszych cukierników tego globu. Szampan lał się strumieniami , na zabawach czas minął do świtu poczym wszyscy udali się na zasłużony spoczynek.  Bo przecierz „mamy dobry rząd, wybitnych specjalistów…”

SOBOTA

Sobotni poranek. Zacinający deszcz spłukuje szyby ośrodka, w którym schronili się strudzeni wędrowcy. Spadające z nieba krople i efekty uboczne zeszłonocnej zabawy zmuszają ich do zatrzymania się w miejscowej świetlicy jeszcze zanim ich podróż rozpocznie się na dobre. Gdy zarówno niebo, jak i ich umysły znów były czyste, ruszyli ku horyzontowi w poszukiwaniu jutra. A pierwszy na ich drodze stanął las, równie stary, co majestatyczny, cichym szeptem liści zapraszający na przechadzkę. Zewowi temu nie potrafił oprzeć się nikt. Droga szybko się skracała, gdy szli wśród prastarych drzew zdających się opowiadać historię wieków, które tu przeżyły. I dotarli do miejsca tyleż ciekawego, co wyjątkowego – menażerii umiejscowionej w samym sercu lasu. Strażnik bramy stwierdzając, że trafili na iście wyjątkowy dzień wpuścił ich bez pobierania myta. A miejsce to było prawdziwie niesamowite. Wśród gęstwiny rozpościerały się zagrody zwierząt osieroconych lub przez swe kalectwo odrzuconych przez naturę, którymi postanowili zaopiekować ludzie. W odległym krańcu pełne siły szalały żubry, których obserwowania nie odmówił sobie żaden z wędrowców. Tu i ówdzie z ziemi wystawały posągi staropolskich bóstw, których czas już dawno minął, a z ich głów na świat spoglądały miejscowe koty. Nad wszystkim tym zaś skrzydła swe rozpościerał ślepy strażnik tego miejsca – orzeł Jurand. Choć niechętnie wszyscy stwierdzili, że pora już nadeszła, by w dalszą drogę ruszyć. Co też po pożegnaniu się ze strażnikami bramy zrobili. Droga doprowadziła ich w końcu na plażę, gdzie w wędrówce towarzyszyły im z jednej strony morze wraz z dzikim śpiewem swych fal, z drugiej zaś klify, których ściany pod samo niebo sięgały. I szli drogą krętą, wzdłuż plaży wiodącą, aż padli zmęczeni i zasnęli snem wycieńczonych. Kilku jednak dalej uparcie parło naprzód, dwie zaś na klif wspiąć się chciały. Jednak i oni w końcu za wygraną dali. A gdy zbudziła ich bryza, w powrotną drogę ruszyli z naiwności swej się śmiejąc, że za horyzont dojść chcieli. I wrócili Pod Topole po swe toboły zahaczając wcześniej o miejscową tawernę „ Pod trzema 7-kami” by brzuchy swe jadłem napełnić. I ruszyli ponownie w kierunku już bardziej określonym – do Dziwnowa. A idąc drogą ponownie trafili na znajomego woźnicę, przez niektórych zwanego Panem Buskiem, który za drobną opłatą zgodził się dowieźć ich do celu. A trafił on na moment idealny, gdyż w górze chmury chmurzyć się zaczęły chmurną zasłoną niebo przysłaniając i deszcz zapowiadając. A nie był to zwykły deszcz. Spadający z niebios grad siekł bezlitośnie, a wraz z wiatrem wydobywał z drzew i poszycia karocy dźwięk niby chór potępionych, który wielu zmroził krew w żyłach. Jednak woźnica niestrwożony parł naprzód przez burzę, aż dotarł do celu gdzie niebo ucichło. Zadowoleni z obrotu sytuacji odnaleźli zajazd noszący nazwę „Alka” gdzie w wynajętych pokojach pozostawili bagaże i wyszli, by w okolicznych sklepach zaopatrzyć się w niezbędne towary. W drodze powrotnej zahaczyli również o miejscową świątynie, by dowiedzieć się w jakich godzinach miejsce mają stosowne obrządki. A gdy wrócili padli do swych łóżek gdzie ogarnął ich sen, który przynieść im miał to czego szukali – Jutro.

NIEDZIELA

Po raz enty już na tej wycieczce obudziły nas promienie słońca. Ponieważ nadeszła niedziela – grupa udała się do kościoła. Po powrocie z niego, nie zwlekając z czasem. Zarzuciliśmy nasze rumuńskie tobołki na plecy i dziarskim krokiem zaczęliśmy posuwać się w kierunku plaży. Już po chwili podziwialiśmy w całej okazałości bezkresne Morze Bałtyckie. Tradycyjnie już zaczęliśmy podążać na wschód. Szliśmy szybkim marszem, co jakiś czas robiąc małe przerwy na uzupełnienie tego, co już udało nam się spalić. Niestety po pewnym czasie „pobierowskie słońce spowił czarnej wrony cień… Nadciągnęły chmury zła, zaczął padać mokry deszcz”. Ale cóż… my byśmy sobie nie poradzili? My?! Bez zbędnych narzekań, nałożyliśmy pelerynki – czego nie ułatwiał nam wiatr, i poszliśmy dalej.  Po jakimś czasie przestało padać, ale czarne chmury nieubłaganie nas ścigały. Na szczęście, my byliśmy szybsi. W momencie kiedy nasze stopy stanęły przy zejściu z plaży do Pobierowa, z nieba znów zaczęły spadać kropelki wody. Pospiesznie ukryliśmy na ‘tarasie’ jednej z restauracji, i zaczęliśmy zakładać buty. Ci którzy ich nie zdjęli pozbywali się nazbieranego piasku. Po delikatnych aluzjach, oraz subtelnych naleganiach pana sprzątacza z restauracji jeden z nas chwycił za miotłę i zrobił porządek. Nadszedł czas na obiad… w momencie, kiedy każdy z nas wszedł do restauracji po raz kolejny zaczęło padać – tym razem mocniej, i dłużej. Delektując się wyśmienitym obiadem obserwowaliśmy jak straż gminna w strugach deszczu wystawia mandaty za złe parkowanie. Po zjedzonym posiłku na niebie znów zagościło słońce, w związku z tym zaczęliśmy szukać naszego dzisiejszego noclegu, a miało to być schronisko młodzieżowe o szumnej nazwie „FALA”. Warunki panujące z schronisku zaskoczyły nas jak najbardziej pozytywnie. Niektórzy dzięki swojej nieprzeciętnej spostrzegawczości, z dumą stwierdzali „wy macie balkon!?” ( Serdeczne pozdrowienia dla A. J). Kuchnia też wyglądała całkiem nieźle, w związku z tym po sporządzeniu listy zakupów przez Naczelnego Rumuńskiego Kucharza 20-stki, zostało zarządzone wyjście do sklepu. Po długim i intensywnym maratonie do sklepu, udało nam się kupić wszystkie produkty. Niestety przez drobną pomyłkę w obliczeniach (konkretnie chodzi o niewzięcie pod uwagę ilości osób degustujących) zabrakło nam jednego z najważniejszych składników tzn. Zimnego Bosmanka. Na szczęście byli wśród nas bohaterowie, którzy się z tym uporali. I już po chwili męska część 20-stki pracowała na pełnych obrotach. W kuchni wszyscy wykazali się niesamowitą wiedzą i doświadczeniem. Nasza kuchnia wręcz tętniła życiem i humorem. Około godz. 19 podano do stołu. Zajęła się tym wykwalifikowana kadra kucharska. Po paru chwilach dla fotoreporterów wszyscy zajadali się „cyckami w cieście piwnym” i sosem ‘cząstkowym’. Posprzątaniem kuchni, sali konsumenckiej, oraz myciem naczyń zajęła się niemniej wykwalifikowana kadra sprzątająca (żeńska część 20-stki). Wieczorem zasiedliśmy do wspólnego stolika, i z zacięciem graliśmy w makao, remika oraz kości.  Po tak pracowitym dniu wszyscy jednogłośnie stwierdzili: Mamy dobrych organizatorów, wybitnych kucharzy,  nasze menu się rozwija, a dziewczynom, sprząta siec coraz lepiej.

PONIEDZIAŁEK

Wcześnie rano wyruszyliśmy w dalszą podróż do Rewala. Idąc plażą po ok. 2h doszliśmy do Trzęsacza, gdzie widzieliśmy jak pięknie ściana deszczu pokrywa w oddali wybrzeże morza Bałtyckiego. Burzę przeczekaliśmy pod mostem, skąd następnie udaliśmy się pod południową ścianę byłego Kościoła w Trzęsaczu. Po kilku udanych sesjach zdjęciowych poszliśmy na dworzec autobusowy w Rewalu gdzie oczekiwaliśmy  na nasz ukochany transport do Mrzeżyna. Oczekiwaliśmy ponad 2,5h, w międzyczasie opychaliśmy się pysznymi ptysiami z piekarni obok Dworca. W końcu wsiedliśmy wszyscy do autobusu, gdzie kierowca zaskoczył nas mile piosenkami  „Disco Polo”. I tak udaliśmy się do Trzebiatowa, a potem do Mrzeżyna. Trasa przebiegała bardzo mile i sympatycznie do czasu, gdy autobus nie złapał „kapcia”. Na wymianę koła oczekiwaliśmy ponad 1,5h w szczerych polach, przed fragmentami  pozostałości byłego mostu i w okolicach przepięknych pastwisk . Gdy autobus był w stanie ruszyć w dalszą podróż do Mrzeżyna, okazało się, że do naszego noclegowiska było ok. 15 min. drogi pieszo.  Kierowca był tak miły, że wysadził nas zaraz przed „Pensjonatem pod Grzybkiem ”. Użyczone nam domki były dość specyficzne, a dodatkowo niemożność otwarcia wielu okien i wszędobylski zapach pleśni nadawał im klimatu średniowiecznego lochu, który jednak nie wszystkim odpowiadał.  W bólu i rozpaczy postanowiliśmy pozostawić w domkach  nasze bagaże i dzięki pomysłowości i dobroci Pani Ewy i Oli poszliśmy szukać lepszego noclegu. Na szczęście udało się nam znaleźć lepsze warunki mieszkalne, więc wróciliśmy po nasze bagaże i biegiem ewakuowaliśmy się stamtąd. Zostawiając bagaże w pensjonacie Jubilatka udaliśmy się na zakupy, a później na plaże gdzie mieliśmy czas by wypocząć. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko na teranie pensjonatu zajadając się smażoną lub gotowaną kiełbasą. I tak spędziliśmy  kolejny dzień wycieczki, a „ludziom żyło się coraz lepiej”

WTOREK

Kolejny dzień nad morzem, a był to wtorek, obudził nas promieniami słońca. Wszyscy otworzyli oczy, i po tak wygodnie spędzonej nocy, od razu poczuli chęć i zapał do dalszej wędrówki. Tuż po godzinie 9 wyruszyliśmy z naszego zbawiennego noclegu w stronę plaży. Plecaki lekko ciążyły na plecach, ale co to dla nas. My byśmy nie dali rady?!! Po krótkim spacerze, przerwanym sprawną interwencją pogotowia krawieckiego, dotarliśmy do plaży. I tutaj zaczął się marsz do kolejnego celu! Szybkim tempem, bo ok. 8km/h  sunęliśmy wzdłuż  morza cały czas kierując się na wschód. Co pewien czas odbywały się postoje, na zwyczajowy popas i mazianie się maZiajkami chroniącymi nas przed promieniowaniem UV. Piach, kamienie, słona woda obmywająca nasze bose w większości stopy sprawiały, że nasza wędrówka płynęła z lekka monotonnie, ale z całą stanowczością nie nudno. Bo z nami nie da się nudzić! Po paru godzinach żwawego marszu dotarliśmy do przeszkody… a mianowicie do betonowego muru… który okazał się jednym z brzegów portu. Nie poddając się szliśmy cały czas do przodu. Tym oto sposobem znaleźliśmy się w miejscowości o dźwięcznie brzmiącej nazwie ‘Dźwirzyno’. Kiedy już udało nam się obejść owy port, znajdujący się w ujściowym odcinku rzeki Błotnicy, powróciliśmy na plaże, zrzuciliśmy z siebie nasze plecaczki, i zajęliśmy się plażowaniem. Po długim marszu nie ma nic przyjemniejszego niż leżenie na gorącym piasku, taplanie się w morskiej wodzie oraz wygrzewanie się pod Słońcem, po jakimś czasie nastąpiła mała przerwa na obiad, ponieważ niektórzy z nas znają już troszkę tamtejsze okolice – wybór miejsca nie był trudny. Chętni zjedli wyśmienitą rybkę w smażalni „U Rybaka”. Po posiłku powróciliśmy do leniuchowania, tzw. Sjesty . Jednak samo leżenie nas nudzi – aktywny wypoczynek to zdecydowanie nasza mocna strona, w związku z tym paru naszych kolegów podjęło się wyzwania, zrobienia z piasku 100 Misiów, inni wpadli na wyśmienity pomysł zwodowania naszych uroczych koleżanek, pomimo ucieczek, stosowania samoobrony oraz gróźb nie karalnych, większość z nich znalazło się w wodzie. Kiedy wszyscy już zmienili kolor na lekki brąz, oraz  wysuszyli się, podjęliśmy decyzję o odnalezieniu, i obejrzeniu naszego dzisiejszego noclegu. Po tak błogim odpoczynku, założenie plecaków i marsz  z nimi, nie należy do rzeczy najprzyjemniejszych. Każdy metr ciągnął się dla nas w nieskończoność, ale w końcu dotarliśmy na miejsce. Ośrodek zrobił na nas nienajgorsze wrażenie, obsługa starała się być miła dla klientów. Kiedy już zakotwiczyliśmy, zainteresowała nas kuchnia która została nam udostępniona - jak to ocenił Samozwańczy Naczelny Kucharz 20-stki „To nie jest moja kuchnia, ale to jest dramat!!!” Ale cóż…. My byśmy sobie nie poradzili?!  Nasze wcześniejsze ambitne plany pomimo wielu przeszkód postanowiliśmy doprowadzić do końca. Najpierw Kucharz zajął się zorganizowaniem  sprzętu… łatwo nie było, ale ostatecznie udało się. Mieliśmy jedną patelnie, dwa garnki oraz łyżkę drewnianą sztuk jeden – nieocenioną pomocą wykazał się pan złota rączka znany powszechnie jako Łukasz. Pomimo niesprzyjających warunków ( brak światła, talerzy oraz noży), udało się sporządzić zaplanowane potrawy składające się na obiadokolacje, co zostało odebrane z zachwytem, graniczącym z podziwem, przez resztę grupy. Po zjedzonej kolacji tradycyjnie już, dziewczyny posprzątały panujące  w kuchni pobojowisko. Po krótkim odpoczynku, wyruszyliśmy na plażę w celu zakończenia tam najdłuższego przecież dnia w roku – tzw. Nocy Kupały. Niestety kwiat paproci nie znalazł się – pomimo iż niektórzy zabłądzili na wydmach dzielących nasz ośrodek od morza. Znalazł się za to nasz dobry znajomy Łukasz, umilił części naszej grupy czas na plaży opowieściami dziwnej treści, ze swojej własnej biografii. Pozostała część zajęła się odbijaniem piłki, lub obserwowaniem ze śpiwora zachodu słońca – zasłoniętego co prawda przez chmury. Kiedy na plaży zapanował zmrok postanowiliśmy powrócić do ośrodka – po krótkim błądzeniu po wydmach dotarliśmy na miejsce. A tam do późnej nocy toczyły się debaty oraz dyskusje na niebanalne tematy. Nauczeni doświadczeniami poprzedniej nocy zamknęliśmy drzwi do pokojów, na wypadek gdyby ktoś chciał nam powiedzieć subtelne i delikatne ‘Dobranoc’. Bo nadal „ mamy dobry rząd…”

ŚRODA

Noc minęła raczej spokojnie, chociaż spoglądając na niektóre twarze nie można było tego stwierdzić jednoznacznie. Ranne ptaszki pobudziły się już w okolicach godziny siódmej, natomiast nocni wysiadywacze pospali sobie nieco dłużej. Kuchnie przejęli chłopcy, również i w tym dniu przygotowane zostało pyszne śniadanko (kanapki z serem, szynką, ogórkiem i pomidorem).

Posililiśmy się wszyscy razem na świeżym powietrzu, przy stołach przed budynkiem w którym spaliśmy. Po śniadaniu spakowani, zwarci i gotowi wyruszyliśmy plażą do Kołobrzegu.

Choć trasa nie była krótka, w miłym towarzystwie, przy pogawędkach kilometry upływały dość szybko. Nawet pogoda okazała się być bardziej łaskawa niż w dniach poprzednich, wiatr zelżał a słońce świeciło na niemal bezchmurnym niebie.

Koło południa ujrzeliśmy oczekiwaną już od rana kołobrzeską plażę. Trochę zmęczeni, ale zadowoleni z dojścia do celu rozpoczęliśmy poszukiwanie kolejnego noclegu.

Ośrodek u księdza Piotra okazał sie być nad wyraz schludny i przytulny. Zostawiliśmy w nim toboły i poszliśmy w miasto. Połaziliśmy, pochodziliśmy, podreptaliśmy i jeszcze troszkę połaziliśmy po deptaku kołobrzeskim, wydaliśmy część z naszych ciężko dostanych pieniędzy. Znalazło się i trochę czasu na akcję zatapiania Kitiego w morzu, jako odwetu po akcji zatapiania dziewczyn. Tak wyłażeni i wydreptani udaliśmy się w kierunku supermarketu, celem zaopatrzenia się na utęsknioną kolację.

Po powrocie do ośrodka, ku naszemu zdumieniu, oczom ukazał się bajeczny plac zabaw, z którego nie omieszkaliśmy skorzystać. No i korzystaliśmy sobie do upadłego, wąchając co rusz zapachów wieczornego grilla.

Jako, że pogodzie znudziło się już rozpieszczanie nas słońcem, postanowiła zrosić nas deszczem, co niektórych jeszcze bardziej zachęciło do korzystania z placu zabaw.

Rozpoczęła się wieczerza. Jedliśmy, piliśmy, wesoło było że hoho! Ale w końcu nadszedł moment w którym uświadomiliśmy sobie, że juz zjedliśmy i wypiliśmy, choć wesoło było nadal.

Po wieczerzaniu nadszedł moment, aby się wykąpać i odpocząć, aby nabrać sił na kolejny pełen przygód i atrakcji dzień. Przecież już wiedzieliśmy: ”ludziom i tak żyje się coraz lepiej”.

CZWARTEK

Dzień, zwyczajem dni poprzednich rozpoczął się wczesnym rankiem o wschodzie słońca.Dla grupy natomiast moment ten nastąpił kilka godzin później. Jako, że obudziliśmy się już w dniu świętym Bożego Ciała, co pobożniejsza część gromady, podążyła na mszę świętą, a część z Bogiem mająca mniej wspólnego, udała sie w kierunku polowej kuchni by przygotować jakąś strawę. Msza dobiegała końca, na stole pojawiała się coraz większa ilość świątecznych kanapek,  a w brzuchach podróżnych coraz częściej posłyszeć można było typowe turystyczne pomruki. Wreszcie odgłosy rozmodlonego kościoła umilkły i wszyscy jak jeden mąż skierowali się w stronę oczekującej juz piramidy pysznych kanapek. Po śniadaniu i po uważnym wysłuchaniu przygotowanych wcześniej informacji na temat atrakcji Kołobrzegu,  z pełnymi kałdunami ruszyliśmy na podbój miasta. Ach co to był za bój! Pierwszy na linii natarcia stanął wrak parowca z 1910 roku, którego wydobyli kołobrzescy płetwonurkowie przy okazji akcji umacniania brzegu. Do zapierających dech w piersiach atrakcji, wraku statku zaliczyć niestety nie można.. Liczyliśmy na widok polskiego Titanica a tu parę pordzewiałych blach poszycia, miotanych falami przyboju. Tak wiec, pierwsze uderzenie poszło gładko, obyło się bez ofiar, rządni przygód ruszamy dalej.

Idziemy sobie idziemy deptakiem, wśród wszechobecnych cudzoziemców i tubylców próbujących wszelkimi dostępnymi sposobami zarobić na tych pierwszych. Warto podkreślić że szliśmy krokiem spacerowym, co w dniach poprzednich nie było często spotykanym zjawiskiem. W pewnym momencie hen hen na horyzoncie jakieś dwieście metrów przed nami poczęła jawić się kołobrzeska latarnia. Ach co to była za latarnia!

Do najwyższych latarnia ta nie należała, jednak nie każdy z wędrowców zdecydował się podjąć trud jej zdobycia. Trzeba jednak przyznać, że i u podstawy budowla wyglądała imponująco, rzec by można, że było na czym oko zawiesić..

Ci jednak śmiałkowie, którzy trud podjęli, nie pożałowali decyzji. Pejzaż był przewyborny. Jawił się widok na miejscowość z której dane nam było przywędrować, a odległość przebyta od niej pieszo była całkiem nielicha jak na ostatni dzień wędrówki. Z wieży rozpościerał się szeroki krajobraz  morza, portu, miasta i okolicznych miejscowości.

Atrakcje latarni nie kończyły sie jednak na panoramie ze szczytu. Po drodze na wierch oglądać można było różnorodne wystawy i wydawać pieniądze w sklepikach z pamiątkami.

Po zejściu z latarni grupa pod wodzą pań MiB uderzyła na Katedrę Mariacką.

Ach co to była za katedra!

Bazylika (bo i tak ją nazywano) wybudowana była w stylu gotyckim, chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć co to za styl. W świątyni panował (jak to w świątyni) przyjemny chłód i półmrok. Kolumny podpierające sklepienie zdawały się odbiegać od pionu co wyglądało bardzo ciekawie a spowodowane było prawdopodobnie działaniami wojennymi które i katedry oszczędzić nie raczyły.

Podziwiać można było całkiem pokaźne organy i olbrzymi świecznik siedmioramienny  z bogatymi zdobieniami, obrazy, rzeźby i strzeliste łuki budowli.

Po zwiedzaniu przychodzi kolej na obiad.

Dużo by pisać kto i co jadł, warto jednak wspomnieć, że jadło w smażalni pod sporej wielkości czarno pomalowaną ścianą, było naprawdę niezgorsze.

Przed powrotem do punktu noclegowego przypomnieliśmy sobie o staropolskim przysłowiu;

„na  plaży macie słońce, a żarcie w biedronce” tak więc na zakupy!

Ach co to były za zakupy!

Wyposażyliśmy się w towary niezbędne przy całonocnej podróży pociągiem. Tak obładowani ruszyliśmy w kierunku miejsca zakwaterowania celem go posprzątania i zabrania tobołków.

Właściwie zagospodarowaliśmy te pół godziny które mieliśmy na posprzątanie kwatery, zebraliśmy  bagaże i wszyscy razem, cali i raczej zdrowi ponownie krokiem spacerowym udaliśmy się w kierunku dworca PKP. Na dworcu owym spotkaliśmy grupę znajomych z Kęt którzy jak się okazało

czekali na nasz pociąg. Nadeszła noc.

..............................................................................................................................................................................................................................................................................................................

Minęła noc.

Z pociągu wysiedliśmy w Katowicach na dworcu głównym, wyspani, wypoczęci, i pełni chęci do dalszej podróży. Przywitani miłym letnim głosem pani z informacji PKP  z entuzjazmem i podziwem dla znakomitej wręcz organizacji ruchu pociągów i informacji pasażerów czekaliśmy na swój pojazd szynowy, który miał zawieźć nas do Bielska Białej.

Doczekaliśmy się, pociąg przyjechał jak zwykle punktualnie, wagony były niesamowicie wygodne i  tchnęły wprost poranną świeżością. W Bielsku Białej na dworcu głównym grupa się pożegnała. A poza tym pamiętajmy, że „mamy dobry rząd, wybitnych specjalistów, gospodarka idzie do przodu a ludziom żyje się coraz lepiej”

Pragniemy gorąco podziękować sponsorom, którzy przyczynili się do organizacji wyjazdu. Są to:

  • PPUH "Emalkent" M. Kaczmarczyk - T. Prochot Kęty, Partyzantów 4
  • Małgorzata i Tadeusz Polek Elektronarzedzia i Sprzęt Ogrodniczy Czaniec Konwaliowa 1
  • ZUPH Brukarstwo Jeżowski Witold Kęty, Jana Kantego 29c
  • i inni, którzy prosili o anonimowość