Zasadnicza Szkoła Zawodowa Kęty

Zakopane

W piątek 9 października 2009 roku ekipa Szkolnego Koła Turystycznego "20-stka", wyruszyła, w kierunku Zakopanego, w celu nawdychania się jodu i przywiezienia go w słoikach dla tych, którzy się rozmyślili i nie pojechali[niektórzy zrobili to dosłownie w ostatniej chwili ! :D ].

Oczywiście jodowanie to [ż]aluzja do planowanego na czerwiec pieszego, kilkudniowego, zdobywania Półwyspu Helskiego :) [zainteresowani proszeni o kupno świnek i rozpoczęcie akcji zbierania pieniążków].

I tak w piątek 9 października, o godzinie 13.40, na kęckim dworcu autobusowym pojawiła się pierwsza dwójka. Dwójka najwidoczniej najbardziej nie mogąca doczekać się wyjazdu, gdyż zbiórka zaplanowana była dopiero na godzinę 14.30!
Autobus raczył być niezwykle punktualny, mimo godzinnego spóźnienia, gdyż krążyły plotki, że potrafi spóźniać się dwie godziny, a nawet nie pojawiać się wcale. Jednakże nam się udało. Podróż mijała w wesołej, ale spokojnej atmosferze, z 12 minutową przerwą na zwiedzanie WC ... ale wszystko to do czasu.


Około godziny 19 nasz autobus uległ awarii. Uczniowie klasy mechanicznej, którzy byli w naszym składzie stwierdzili, że coś się leje z miski spod autobusu, elektronicy nie mieli nic do dodania gdyż "prąd płynął bo światło było", a nasz kucharz i siatkarka potrafiąca zarządzać informacją, nie mieli nic do dodania w tej sprawie. Kierowca stanął jednak na wysokości zadania i kazał nam się przesiąść do innego autobusu, którym dotarliśmy do dworca w Zakopanem.
Tam byliśmy zasypywani propozycjami miejsc noclegowych oraz gdzie nas zawieźć. Ach. Takie rzeczy to tylko w Zakopanem. Skorzystaliśmy z oferty jednego busiarza [ niestety nie Janiso :D ] i zostaliśmy przez niego wywiezieni w okolice Kościeliska, gdzie mieliśmy zapewniony nocleg u gazdy zaprzyjaźnionego z Panią Bogusz. Słowa określające miejsce gdzie nas wysadzono, zostały ocenzurowane i zastąpione określeniem, że było bardzo ciemno.

Pojawił się problem, gdyż było po godzinie 20, wkoło las, a światła ani widu ani słychu. W tej podbramkowej sytuacji pojawił się jednak Gasiek z latarką [ kto ma latarkę, ten ma władzę :D ]!Po kilku minutach trafiliśmy na wyasfaltowany kawałek drogi, którym doszliśmy do domu gazdy. Na miejscu przydział pokoi, rozpakowanie się i kolacja. Podczas kolacji poznaliśmy gazdę, który przedstawił nam zasady panujące w jego domu. Po kolacji zebranie i plany na sobotę, a potem do łóżek!



Sobotni poranek przywitał nas nimbostratusami, ale jeszcze nie padło a nawet miejscami przebijało się słońce. O godzinie 8 wyruszyliśmy pieszo Doliną Kościeliską w kierunku Bramy Kantaka. Gasiek już na samym początku zaczął udawać Japończyka i zostawał z tyłu robiąc zdjęcia wszystkiego co nas otaczało .

Na polanie reglowej Wyżnia Kira Miętusia grupa z Porąbki wyraźnie odskoczyła do przodu, ale to wszystko ze względu na to iż ciocie(czyt.: pani Bogusz i pani Marchewka) w swoim wieku nie mogą już iść tak szybkim tempem <żarcik> [ za to im starsza, tym bardziej wytrzymalsza także na dłuższym odcinku] .Idąc wciąż Wyżnią Kirą Miętusią, minęliśmy miejsce z kultowym wypasem bydła. Zobaczyliśmy jak wygląda przysłowiowa CZARNA OWCA. Ciocia Ola próbowała załatwić żętycę, lecz próba zakończyła się fiaskiem [ ale jak to się mówi: co się odwlecze to nie uciecze :D ].
Doszliśmy do drewnianego mostka przy Lodowym Źródle po czym czarnym szlakiem udaliśmy się wzdłuż Żlebu pod Wysranki do Jaskini Mroźnej. Wtedy to z nieba zaczęły spadać pierwsze kropelki wody, które dość szybko przerodziły się w obfity deszcz. W strugach deszczu szliśmy do Jaskini Mroźnej nie mijając po drodze żadnego innego turysty
[ może dlatego iż ta trasa jest jednokierunkowa ? ]

Gdy dotarliśmy do Jaskini Mroźnej grupa z Porąbki była już w trakcie jej zwiedzania.
Po wyjściu z jaskini grupa z Porąbki czekała już na nas na .... nooo właśnie sami zobaczcie gdzie na nas czekała



Pogoda nadal dopisywała [ czyt. wciąż padało] ] więc udaliśmy się zejściem na wprost Skały Sowy by dojść do dna Doliny Kościeliskiej a następnie udać się zielonym szlakiem do Schroniska na Hali Ornak.

Z końcem czarnego szlaku prowadzącego od Jaskini Mroźnej, skończył się również deszcz.
Pozwoliło nam to na zrobienie kilku bardzo ładnych zdjęć z pozycji dna Doliny Kościeliskiej. Grupa z Porąbki zrobiła sobie nawet pamiątkowe zdjęcie w .... toi-toiu :D
W drodze do schroniska na Hali Ornak doskwierał nam brak deszczu, ale po chwili wszystko się ustabilizowało i znów zaczęło padać.

W schronisku obowiązkowe zwiedzanie WC oraz walka o miejsca siedzące. Czas na przerwę, czas na KIT-KAT oraz na herbatę lipton z cytryną i szarlotkę. Niektórzy bardziej łakomi nawet na szarlotki [2] :D . Tomasz rozsmakował się w kiełbasie z grilla, zapewne miejscowej produkcji [ z owcy, kota lub psa :D ] ale nie ważne z czego, ważne, że mu smakowała.


Pojedzeni i napojeni zrezygnowaliśmy ze Smreczyńskiego Stawu i udaliśmy się w dalszą drogę . Schodząc ze schroniska, Gasiek a później już cała grupa z Czańca, witała idących turystów gromkim: "nie ma już szarlotki, nie ma tam po co iść".
Odbiegając od szarlotki i wracając na szlak prowadzący przez las, a później przez polany, zrobiło się trochę nieciekawie, gdyż deszcz już nie padał, ale zaczął lać, mgła zasłaniała nam najlepsze widoki, kamienie na szlaku zrobiły się bardzo śliskie, a szlak zaczynał płynąć. Ruszyliśmy  w drogę  powrotną przez Przysłop Miętusi aż do Kir. Ścieżka była pełna błota, płynącej po szlaku wody, śliskich kamieni i belek oraz nas, całych mokrych i brudnych ale nie była w stanie nas zniechęcić do dobrego humoru. I tak z przodu i z tyłu dało się słyszeć piosenki, różne przyśpiewki, oraz melodyjne gwizdanie.
"Gdzie strumyk płynie z wolna", "Deszcze niespokojne", "Jak dobrze nam zdobywać góry" oraz mniej turystyczne piosenki "Odlotowa Dorota" Pidżamy Porno, "Jolka, Jolka"
Budki Suflera, "Jaki tu spokój" Stauros, "Chłopacy" Lao Che czy dźwięczne "La, la, la" Moniki.

Cało dotarliśmy na drogę wiodącą do domu gazdy. Po drodze zaliczyliśmy sklep, w którym zakupiliśmy całą masę pierogów na wieczorną obiadokolację.W domu byliśmy około godziny 16.30. Gazda widząc nasze mokre rzeczy nie miał zbyt wesołej miny, ale zaraz przystąpił do kontrataku, mówiąc co byśmy zrobiligdyby nie miał gdzie tego wszystkiego powiesić. Zbytnio się nad tym nie zastanawialiśmy, gdyż miejsce do suszenia ubrań było. Zresztą jak wszystko w domu gazdy.
Ful serwis. Porządna firma. W kuchni wymiatał Sebastian [ w końcu kucharz :D ] z Mateuszem M, który służył pomocą przy podawaniu posiłku. Co poniektórzy stawali obok pokrojonego boczku z nożem i robili sobie zdjęcia, żeby było, że też pomagali ale dzięki mnie i temu sprawozdaniu każdy wie jaka jest prawda :D



Pierogi truskawkowe z boczkiem były bardzo smaczne.
Przepraszam. Pierogi z mięsem + boczek i pierogi z serem + boczek były bardzo smaczne. Te truskawkowe przemilczymy, aczkolwiek Monice smakowały. Gazda nie pozwolił nam zmywać naczyń i zrobił to sam. W zmywarce oczywiście. My udaliśmy się do swoich pokoi, gdzie przywracaliśmy się do porządku po całym dniu. O 20 wszyscy prócz Pana Gie zasiedli przed nowiutkim 42 calowym telewizorem gazdy, aby oglądać MAM TALENT [lub go nie mam].
Po programie zebraliśmy się razem i graliśmy  w pokera na czekolady i orzeszki w czekoladzie, które miały  nasze profesorki. Niestety, w pokera najlepiej szło Pani cioci Bogusz, a zaraz po niej Pani Cioci Marchewce więc postanowiliśmy zagrać w coś innego. Padło na „Pana” w którym największym mózgiem okazał się Mateusz M. Do ogromnych kłótni dochodziło na linii Pan Patuła-Pan Gasidło. Oczywiście kłótni pozorowanych, bo jak wiadomo Panowie Py i Gie się nie kłócą na serio ;). Grubo po godzinie zero gra przeniosła się piętro niżej  Niestety już bez naszych kochanych profesorek oraz bez Tomasza, który poszedł liczyć barany po czym zasnął. Gra toczyła się również bez Moniki, która postanowiła się położyć. Tylko na to czekaliśmy! Rozdanie o to kto smaruje koleżankę pastą do zębów przegrał Sebastian i to jemu przypadło smarownie.
Rano o godzinie 7 przewidziana była zbiórka, lecz ze względu na niesprzyjające warunki atmosferyczne została ona przeniesiona na godzinę 10. Dziękując gaździe za wszystko wyruszyliśmy do Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach. Niestety nie byliśmy na całej mszy, ale swoje zobaczyliśmy.
Naszym następnym celem stały się skocznie, na których aktualnie odbywały się Mistrzostwa Polski w skokach narciarskich [ wygrał oczywiście Adam Małysz bo wrócił do diety bananowej ] Po obejrzeniu skoczni posililiśmy się goframi,hamburgerami a jeszcze inni lodami [ jesteś hardkorem ?? :D ] Ciocie oraz Monika określiły smak gofrów jako żucie gumiaka a Gasiek i Patson jedzący lody jednogłośnie stwierdzili, że te lody to lody, gdyż były w nich duże kawałki zamrożonej wody.

Następnie udaliśmy się do kościoła gdzie niegdyś swoją powinność czynił ksiądz kanonik Józef Stolarczyk. Pierwszy proboszcz tego kościoła oraz wielki miłośnik gór.
Kolejny był cmentarz na Pęksowym Brzysku, na którym spoczywa między innymi Stanisław i Helena Marusarz, Jan Krzeptowski Sabała, czy Kornel Makuszyński.

Godny zapamiętania cytat znajduję się przed wejściem na cmentarz :

"OJCZYZNA TO ZIEMIA I GROBY
NARODY TRACĄC PAMIĘĆ TRACĄ ŻYCIE "

Zadumani, ale z uśmiechami na twarzy, wróciliśmy na Krupówki w celu zakupienia oscypków, napicia się żętycy i kupienia pamiątek.

O godzinie 15.30 wyruszyliśmy autobusem w drogę powrotną.
Na dworcu były łzy, płacz, zgrzytanie zębami i smutek, że to już koniec :D


 

Made by Gasiek